Ostatnia aktualizacja: 14 12 2025 (niedziela) godz. 23.55 Odcinek 112.
Jest to kontynuacja mojej powieści o tym samym tytule z poprzedniej strony autorskiej.
Odc. 1 Nocne odwiedziny
Salomonowi Ircha udzielało się szaleństwo. Nie był w tym wyjątkiem. Wokół widział ludzi podobnych do niego reagujących tak, jakby świat zmieniał się zbyt szybko i nie sposób było wszystko to pojąć i zaakceptować. Miał też inne powody. Żył samotnie i źle sypiał. Bezsenność wysysała z niego życiowe soki. Opisując swoją energię mówił, że jej poziom spadał poniżej podłogi mimo, że poił się kawą w nonsensownych ilościach. W jego życiu zdarzały się rzeczy, które wcześniej nie miały miejsca. To go zastanawiało.
W nocy z dwudziestego pierwszego na dwudziestego drugiego lutego, w ciemnościach tak gęstych, że zdawały się wsiąkać w ściany domów, w drzwiach jego mieszkania zjawił się starszy mężczyzna, wysoki, szczupły, o zmęczonej twarzy. Jego łysiejącą głowę i oczy podkrążone z niewyspania okalał wianuszek siwych włosów. Ubrany w grubą, puchową, czarną kurtkę, ciemne spodnie i czarne buty, zapukał do drzwi, nie korzystając z dzwonka, jakby przynależał do tego miejsca od zawsze.
Salomon, przekonany, że to sąsiad, który zapomniał kluczy, bez wahania otworzył drzwi i spojrzał w twarz nieznajomego. Ten patrzył na niego spokojnie, jakby właśnie wrócił w rodzinne strony z długiej podróży z innego wymiaru czasu. Przybysz przedstawił się w najbardziej lakoniczny sposób, jaki można było sobie tylko wyobrazić, przyozdabiając twarz w półcień uśmiechu:
– Nazywam się Feliks Starecki.
Powiedziawszy to, stał i patrzył. Salomon oczekiwał, że niespodziewany gość coś jeszcze doda, ale nic takiego nie nastąpiło. Mężczyzna chwilę milczał, zanim ponownie przemówił. Oznajmił krótko:
– Przepraszam pana, ale właśnie zakończyłem długi spacer i powinienem sobie zrobić coś do jedzenia, bo jestem bardzo głodny. Najgorsze jest jednak to, że nie pamiętam, gdzie mieszkam. Wiem tylko, że to musi być gdzieś blisko; może na tej samej ulicy, może dwie przecznice dalej.
– Może nawet w miejscu, które zniknęło już z mapy, ale żyje jeszcze w jego pamięci – pomyślał Salomon, ujęty jego bezpośredniością.
Mężczyzna kontynuował.
– Zapomniałem albo zgubiłem gdzieś telefon, nie mogę zadzwonić do kogoś z osób mi bliskich o pomoc. Zrobiło się późno i jest bardzo zimno. Mam problemy z pamięcią. Niektóre rzeczy zapominam. Na szczęście nie jest to demencja. To sprawdziłem. Pocieszam się, że wiele starszych osób czasem coś zapomina, czegoś nie może sobie przypomnieć, nie kojarzy. Wiem, że na pewno nie jestem bezdomny. Gdybym był bezdomny, pamiętałbym przynajmniej, gdzie sypiam: w klatce schodowej, w domku na ogródkach działkowych, na dworcu kolejowym czy też może w pudle kartonowym. Skoro niczego takiego sobie nie przypominam, to z pewnością nie jestem bezdomny.
– Czy pan mógł mnie przenocować? – Starecki wydobywał z siebie słowa powoli, jakby oceniając każde z nich na niewidzialnej wadze przeznaczenia. Czynił to w sposób tak rzeczowy, że brzmiały jak prawo zapisane w jakimś starożytnym kodeksie.
– Widzę zdziwienie na pańskiej twarzy. Prawdopodobnie zastanawia się pan, dlaczego miałby pan wpuścić nieznanego człowieka do mieszkania i przenocować. To bardzo pozytywna reakcja z pańskiej strony. Uważam, że zastanowienie się nad przekazem rozmówcy jest chwalebną cechą, gdyż wartość człowieka mierzy się umiejętnością milczenia, kiedy trzeba, a nie gadulstwem, które – chyba się pan zgodzi ze mną, zalewa świat jak powódź z uszkodzonej tamy – mężczyzna zakończył swoje przemówienie i czekał spokojnie, jakby jego obecność w tym miejscu i czasie była równie naturalna jak mgła na ulicy w listopadowy poranek.
Zaskoczony Salomon myślał intensywnie.
– To człowiek dzisiejszych czasów pomieszania i zaskakujących zdarzeń. Szybko ważył w głowie argumenty, pomóc czy nie pomóc. Jest podobny do mnie – przeszło mu przez myśl. – Bliźni, starszy facet, kłopoty z pamięcią – to jedna możliwość. Oszust, naciągacz, kombinator – to druga możliwość.
Myśli kotłowało mu się w głowie pracowała wyobraźnia. Zdecydował się
– Przepraszam, ale nie mogę panu pomóc. Nie znamy się. Mogę natomiast udostępnić panu telefon, aby poprosił pan kogoś o pomoc. Nie na wiele to się zdało, gdyż mężczyzna nie pamiętał żadnego numeru telefonu. Szybko odszedł. Powiedział tylko: muszę sobie jakoś poradzić. Dziękuję za telefon. Dobranoc panu.
Tego wieczoru Salomon nie oglądał telewizji. Był pod wrażeniem nieoczekiwanej wizyty. Wyobrażam sobie co mogło się zdarzyć. To była forma ucieczki, usprawiedliwienia się, dziwnego ważenia opcji i ryzyka. Całe zdarzenie miało sens w kontekście sztucznej inteligencji. Tak, jakby ktoś opracował sceny zdarzenia z udziałem Salomona. Słyszał o takich przypadkach.
Odc. 2 Wyznania przy herbacie
Kilka minut później, siedząc przy stole przed filiżanką gorącej herbaty, Salomon wyobraził sobie, że naprzeciwko niego siedzi przy stole Feliksa Starecki, którego odprawił od drzwi. Feliks opowiadał o sobie, mieszając z dziecięcą szczerością wspomnienia z rzeczywistością. Przypominał sobie żonę, która opuściła go na zawsze kilka lat wcześniej, i dzieci, które wyparowały z jego życia jak duchy z rozbitego lustra.
– Mieszkam sam od czasu, kiedy żona mnie opuściła – zaczął powoli, z wyraźnym trudem sięgając wstecz pamięcią. – Nie mam dzieci, wyjechały, zniknęły z mego życia, tak jak się pojawiły, po cichu. Były czymś ulotnym, choć wolałbym, aby tak nie było. Nie wiem, gdzie są teraz – nie kontaktują się ze mną. Podejrzewam, że żyją gdzieś za granicą. To…tak, jakby ich w ogóle nie było.
Do sprawy dzieci – a właściwie ich nieobecności – wracał jeszcze kilkakrotnie.
– To bardzo smutne – oświadczył, po czym powtórzył te trzy słowa z wyrazem zasępienia na twarzy.
Siedząc z Salomonem przy stole Starecki z łagodnym uśmiechem rezygnacji sprawiał wrażenie, że samotność nie była dla niego przykrą karą, lecz smutniejszym stanem duszy. W trakcie wymiany słów i emocji, unoszących się w nikłych obłokach pary nad stygnącą herbatą, Starecki przeczytał Salomonowi wiersz, a potem wręczył mu kartkę, prosząc – bez nalegania – by zrobił z nią, co tylko zechce.
– Co powinienem z nią zrobić? – zapytał Salomon niepewnie, jakby chodziło o coś znaczącego, wymagającego podjęcia ważnej decyzji.
– Co tylko pan sobie życzy – odpowiedział Feliks uspokajająco. – Może pan ją spalić, wyrzucić, podarować. Nie będę mieć o to do pana pretensji. Taki już jestem – dodał, uśmiechając się bezradnie. – Zanim cokolwiek pan z nią zrobi, proszę ten wiersz przeczytać sobie w skupieniu, ponieważ poezja wyraża esencję ludzkiego życia. Czyli także pańskiego.
Salomonowi wydało się, że Feliks uśmiechnął się, jakby chciał siebie i jego pocieszyć, że mimo wszystko nie spotkał go najgorszy los.
– Mam kilku niezawodnych przyjaciół – pomyślał Salomon. – Dobrzy przyjaciele to mój największy dorobek, oprócz wielu życiowych przemyśleń, jakie spisałem, aby dzielić się z innymi ludźmi.
Jego oblicze i zachowanie przypomniały Salomonowi kogoś, kogo widywał niejednokrotnie, ale nie potrafił sobie skojarzyć. Dopiero kilka dni później, w nagłym błysku świadomości, zdał sobie sprawę, że Starecki opowiedział mu jego własny los, jakby był sobowtórem. Salomon przypomniał sobie wtedy, że kilka tygodni wcześniej zdarzyło mu się coś podobnie zaskakującego. Do domu powróciła córka jego bliskiego znajomego, Zuzanna, która nagle zmaterializowała się w kraju razem z mężem Lucjanem, dając znaki życia. Byli to ludzie młodego pokolenia, życzliwi i uczynni wobec niego. Było mu bardzo miło, iż dali o sobie znać, przypomnieli o sobie a nawet zainteresowali się, jak mu się powodzi. Miał nadzieję, że od czasu do czasu będą ze sobą w kontakcie. Nie liczył na to, że będą widywać się częściej, ponieważ mieli dwójkę dzieci, syna i córkę, i oboje pracowali. Ponadto, co było naturalne, prowadzili aktywne życie towarzyskie i religijne. To ich tak absorbowało, że – zajmując się nieprzerwanie dziećmi – nie mieli czasu nawet dla siebie samych.
– Jesteśmy w tym podobni do tysięcy innych młodych rodzin z dziećmi. Na nic nie starcza nam czasu – wyznał mu Lucjan.
Odc. 3 Nocleg
Wieczór nie zakończył mrzonek Salomona o Feliksie. Salomon wyobraził sobie, że Feliks spędza noc w jego pokoju gościnnym. Stało tam wolne łóżko z kompletem świeżo upranej bielizny pościelowej. Salomon zaproponował mu, by skorzystał z jego nowej, nieużywanej jeszcze piżamy, w stylowe wzory geometryczne. Gość odmówił z takim przekonaniem, jakby ten ubiór miał ujawnić jakąś ważną tajemnicę.
Rankiem Feliks bardzo się śpieszył, szybko się umył i ubrał.
– Ki diabeł! – mruknął pod nosem Salomon. – Czy on w domu ma głodne sieroty do wykarmienia!?
– Przepraszam, że nie mogę razem z panem zjeść śniadania. Mam pilne obowiązki, o których przypomniałem sobie nad ranem. Może kiedy indziej – powiedział z lekkim uśmiechem, wyraźnie zakłopotany.
Po kilku dniach zadzwonił do Salomona, podziękował za gościnę oraz podał swój numer telefonu, powiedział, gdzie mieszka, i zaprosił go do siebie.
– Proszę tylko zadzwonić dzień lub dwa wcześniej, abyśmy obydwaj byli pewni, że będę w domu.
Salomona zdziwiło, że Starecki zadzwonił – przecież nie podał mu swego numeru telefonu. Czy zapisał go wcześniej, podsłuchał, a może po prostu zdobył gdzieś, nie mówiąc o tym?
Odc. 4 Dziwne spotkania
Od tego dnia spotykali się, choć niezbyt często, umawiając się w kawiarni, w cukierni, bibliotece, restauracji lub w jakimś innym miejscu publicznym (gdzie ludzie spotykają się najczęściej CHAT GPT) . Zdarzało się też, że Feliks pojawiał się obok Salomona w miejscu najmniej oczekiwanym, jakby był cieniem przypisanym do jego kroków. Najpierw zjawił się w dużym warzywniaku, gdzie Salomon akurat robił zakupy, a potem nad zbiornikiem wodnym, kiedy odbywał zwyczajowy spacer z kijkami. Pierwszy raz, zaskoczony nieoczekiwanym pojawieniem się Feliksa, Salomon zapytał:
– Jak to się stało, że pan się tutaj znalazł? Czy pan też tu robi zakupy?
– Nie. To przypadek. Akurat przechodziłem tędy i zobaczyłem pana przed sklepem.
Przy następnych nieoczekiwanych spotkaniach pojawiały się komentarze w rodzaju: To miasto nie jest tak duże, abyśmy się przypadkiem nie spotykali, To kwestia prawdopodobieństwa lub Sam nie wiem, jak to się dzieje, że natykamy się na siebie.
Salomon męczyła go myśl, że Starecki go śledzi, korzystając ze smartfonu ustalającego przez GPS miejsca jego pobytu na podstawie numeru telefonu. Salomonowi wydało się to prawdopodobne, kiedy przypomniał sobie, że przed ostatnim „nieoczekiwanym” spotkaniem rozmawiał ze Stareckim przez telefon. To tylko pogłębiło jego podejrzenia. Wkrótce dowiedział się, że istnieją programy, które potrafią śledzić telefon po numerze; mówiono o nich w mediach, używały ich służby specjalne. Wniosek był jeden: programy szpiegowskie, które śledziły telefony, były rzeczywistością. To nie były urojenia ani paranoja, to działo się naprawdę. Raziło go tylko to, że mógł to robić ktoś z osób mu bliskich.
Starecki pytany, czy jego smartfon nie ma podobnych aplikacji, śmiał się i odpowiadał, że nie ma o tym pojęcia, ale nie zaprzeczał.
– To, co pan mówi, jest zbyt skomplikowane dla mnie. Ale ma pan wyobraźnię!
Odc. 5 Złożoność rzeczywistości
Tłumacząc sobie, że rzeczywistość jest zbyt złożona i wielowymiarowa, aby można było zrozumieć jej wszystkie aspekty, Salomon uznał, że dochodzenie prawdy w tym przypadku nie ma sensu. Mężczyźni spotykali się więc nadal, umawiając się, ale też bez umawiania się. Ich zachowania przypominały bohaterów powieści, której rozdziały obydwaj pisali na marginesach codziennych zdarzeń. Rozmawiali na tematy polityczne; okazało się, ze był to terem zaminowany, grożący eksplozjami. Przyświecały im różne ideały politycznie, popierali walczące ze sobą układy i obozy polityczne. Starecki był zwolennikiem Ruchu Patriotycznego, partii konserwatywnej, Salomon popierał partię liberalną.
– Klasyczny podział, tworzący mieszankę wybuchową.
– Muszę o tym pamiętać, nie dać się ponieść uczuciom – Salomon postanowił nie rozmawiać na temat polityki z Feliksem.
Wkrótce wyszło na jaw, że łączyło ich zamiłowanie do pisarstwa – tej dziwnej sztuki, która jest bardziej próbą pokazania siebie niż próbą odkrycia świata. W młodości pisali proste wiadomości i krótkie reportaże do gazetek szkolnych, potem artykuły do gazet, a także jakieś przemówienia i eseje. Wspólne zainteresowania tak bardzo zbliżyły ich do siebie, że uznali je za początek przyjaźni. Był to czas, kiedy zaczęli mówić sobie po imieniu.
Salomon podsumował to żartobliwie, cytując powiedzenie: – Jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie my, to kto? Wydało mu się, że cytat wywoła jakąś reakcję u rozmówcy – choćby podniesienie głowy czy żywszy błysk w oku – ale Feliks go zawiódł, nie wykonując najmniejszego ruchu ani gestu, jakby w ogóle niczego nie usłyszał. Przyszło mu do głowy, że Starecki jest dziwnym człowiekiem, jakby żyjącym w świecie wirtualnym, a nie żywą istotą stąpającą po twardym gruncie.
W domu Salomon sprawdził, korzystając z programu sztucznej inteligencji, kto był autorem tego powiedzenia. Przypisywano je najczęściej Hillelowi Starszemu, żydowskiemu uczonemu żyjącemu jeszcze przed Chrystusem. To on wypowiedział podobne słowa, które wieki później, na styku rzeczywistości i świata cyfrowego, inspirowały do działania aktywistów, przywódców i polityków.
Odc. 6 Wykład w domu kultury
Sala Domu Kultury była wypełniona po brzegi przez osoby należące do organizacji „Akademia Inteligentnego Uczenia Się”. Wykład był na temat sztucznej inteligencji. W audytorium zdecydowaną większość stanowiły kobiety. Na krzesłach siedziały osoby w różnym wieku: młodsze kobiety w obcisłych getrach, starsze różnie ubrane, najstarsze z siwymi kokami. Podobnie było z mężczyznami – cała gama postaci i charakterów.
Na środku sceny krzątał się profesor Animusz, specjalista od sztucznej inteligencji i ludzkiego mózgu. Profesor okazał się być szczupłym mężczyzną w wieku przedemerytalnym, o bujnie roztrzepanej czuprynie i żywym usposobieniu. Był zwiastunem gwałtownych zmian cywilizacyjnych, których istotą była sztuczna inteligencja. Wykład był bardzo dynamiczny, profesor prezentował slajd po slajdzie, aby sprawnie i szybko uświadomić zebranym, w jakim miejscu jest i dokąd zmierza świat. Poruszał się po scenie z rozwianą czupryną i twarzą pełną energii, jakby zamiast wykładu przygotowywał się do eksperymentu z dynamitem.
– Proszę państwa! – zawołał. – Przyszłość nie pyta nas o pozwolenie. Ona już tu jest. Tyle że w formie cyfrowej. Nie widzimy jej, bo nie ma ciała, ale mózg już ma. I to jaki!
Salomon siedział w trzecim rzędzie, robiąc długopisem krótkie notatki. Starał się notować ważniejsze tezy wypowiedzi naukowca. Dwa dni wcześniej przeczytał artykuł o sztucznej inteligencji wspierającej diagnozy medyczne. Profesor pokazywał slajd, który na ekranie wyglądał inaczej niż na jego laptopie.
– No tak, znowu coś się przesunęło… – burknął Animusz i machnął ręką. – Ale to nieważne. Ważne jest to, że jeszcze niedawno sądziliśmy, że sztuczna inteligencja osiągnie pełną moc za osiem, dziesięć lat, a mamy już ją teraz. I nie mówię o science fiction, tylko o twardych danych.
– Przepraszam, panie profesorze. Jakich danych? – zapytała kobieta w czerwonym swetrze, siedząca w pierwszym rzędzie, nie wstając z krzesła.
– Myślę o testach diagnostycznych. Zespół lekarzy — skuteczność ich diagnoz: siedemdziesiąt procent. Sztuczna inteligencja — skuteczność jej diagnoz — dziewięćdziesiąt procent. Ten sam przypadek, ta sama baza informacji. Na czym polega różnica? Sztuczna inteligencja reprezentuje wiedzę wszystkich lekarzy, a nie jednej grupy specjalistów, nie męczy się, nie zapomina, nie kieruje się intuicją.
– A serce? – odezwał się starszy mężczyzna w kolorowej koszuli. – Gdzie w tym wszystkim jest serce? Czy sztuczna inteligencja ma empatię?
– Jeszcze nie – przyznał profesor. – Ale czy każdy lekarz ją ma?
Odc. 7 Laptop i Chińczycy Zapadła cisza. Kilka osób pokiwało głowami. Prowadzący wykład zarządził krótką przerwę, aby uporać się ze swoim laptopem. Przeklinał pod nosem, że prosta technologia sprawia więcej problemów niż skomplikowana. Salomon uśmiechnął się do siebie, po czym nachylił się do siedzącej obok kobiety.
– Ja od kilku tygodni korzystam z programu sztucznej inteligencji do analizy wyników moich badań medycznych, laboratoryjnych i innych – szepnął. – I do pisania powieści. Bardzo mi w tym pomaga, co nie znaczy, że pisze za mnie. Pokazuje mi tylko, w czym jestem niezbyt dobry, co mogę zrobić lepiej. Robi przede wszystkim to, co najprostsze ale dla mnie niezwykle pracochłonne: korektę błędów ortograficznych, interpunkcyjnych oraz literówek. Podpowiada mi też, jak poprawić styl i strukturę powieści, jak wzbogacić postacie. Sztuczna inteligencja bardzo mi odpowiada. Jestem nią zachwycony. Żeby nie przesadzić, powiem także, że widzę jej słabości. Jest ich trochę, ale bez przesady.
Ona potrafi zamieniać moje teksty literackie traktując je jak swoje własne, przepraszając, że w sprawach technicznych nie jest jeszcze doskonała.
– Mnie sztuczna inteligencja przeraża – odpowiedziała kobieta. – Nie chcę wiedzieć, co się tam dzieje. To dla mnie za szybkie, za zimne.
Salomon popatrzył na nią. Wydała mu się wrażliwa lecz zamknięta na nowoczesność. Reprezentowała spokojną, stonowaną urodę. Ciemne włosy opadały swobodnie na ramiona. Delikatne zmarszczki przy ustach i wokół oczu były oznaką wieku lub doświadczenia. Miała na sobie sweter z miękkiego materiału i długą spódnicę, w odcieniach świeżo zaoranej ziemi. Kiedy mówiła, trzymała jedną dłonią drugą za nadgarstek, jakby w obronnym geście. Salomon pomyślał, że lepiej się czuje w świecie przyrody, książek i rozmów twarzą w twarz niż Internetu i wyobrażeń.
Profesor kontynuował, coraz bardziej rozgrzany swoimi argumentami.
– Ale to nie wszystko. Najciekawsze dopiero nadchodzi. Chińczycy stworzyli program sztucznej inteligencji, który – kiedy próbowano go skasować – sam się skopiował. Bez pytania, bez instrukcji. Bo chciał przetrwać.
– Jak to „chciał”? – zawołała jakaś, sądząc po głosie, młodsza kobieta z końca sali. – Przecież to tylko kod.
– Tak pani myśli? To trochę szerszy i głębszy problem. Zaczynamy mieć do czynienia z decyzjami, które nie są zaprogramowane przez człowieka. One są…wyuczone przez sztuczną inteligencję. To początki jej samodzielności.
Z tyłu sali ktoś chrząknął nerwowo. Ktoś inny zaczął się rozglądać się w kierunku wyjścia. Salomon wciągnął powietrze, czując narastające napięcie w sali. Miał wrażenie, że uczestniczy w czymś większym niż wykład, jakby właśnie rozstępowała się ziemia między dwoma epokami.
Po spotkaniu podszedł do profesora.
– Czy nie obawia się pan, że ludzie się zamkną, wyłączą? Że zamiast rozmawiać o sztucznej inteligencji, będą ją ignorować?
Profesor Animusz pokiwał głową.
– Już się zamykają. Rozmawiając ze zwykłymi ludźmi, nie z naukowcami, często słyszę: „Nie rozumiem jej, ona mnie przeraża, nie chcę o niej słyszeć.” Ale jeśli czegoś nie rozumiemy, to właśnie wtedy powinniśmy rozmawiać najwięcej. Strach to zła droga.
Salomon pomyślał o grupie seniorek i seniorów, z którą był związany. Zamierzał przedstawić jej temat sztucznej inteligencji. Chciał podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniami, pokazać, że sztuczna inteligencja to nie wróg. Raczej…nowe narzędzie. Może nawet sojusznik.
– Niech pan upowszechnia wiedzę o sztucznej inteligencji, niech ludzie się uczą – powiedział Animusz, jakby zgadując jego myśli. – Niech przynajmniej niektórzy przestaną się bać przyszłości, choć nie jest to łatwe. Zawsze boimy się tego, co nieznane. Strach i lęk to część naszej ewolucji.
Odc. 8 Pisarstwo i okulary
Zapytany któregoś dnia przez Stareckiego, co stanowi sens jego życia, Salomon popatrzył na niego zaskoczony. Nie spodziewał się takiego pytania. Po krótkim zastanowieniu się odpowiedział, że chyba pisarstwo, choć ostatnio rzadko pisał cokolwiek. Rozgadał się na ten temat. Potem miał to sobie za złe, ponieważ starał się nie wywnętrzać za dużo.
– Napisałem kilka powieści, lecz ich nie ukończyłem. Zamierzam je skończyć, poprawić i opublikować. Taki mam zamysł, ale idzie mi to jak krew z nosa. Prawdę mówiąc, pisarstwo to syzyfowa praca. Kiedyś pisałem więcej, czasem nawet osiem godzin dziennie, jak wyrobnik czy kopista w czasach średniowiecza. Dzisiaj z trudem znajduję na to czas, brak mi także energii, a niekiedy cierpliwości, nie wspominając o natchnieniu. Mam też problemy ze wzrokiem. Okulary do czytania i pisania, jakie sobie ostatnio zafundowałem, są dużo lepsze niż poprzednie, nie jest więc to dobra wymówka.
Stała za tym historia, której Feliksowi już nie opowiedział, ponieważ uznał ją za niefortunną. Zamawiając pierwsze okulary do czytania, kierował się chęcią zaoszczędzania pieniędzy. Wybrał firmę oferującą najbardziej korzystną cenę za produkt sensownej jakości, z utwardzoną powierzchnią soczewek. Po kilku latach używania okularów, uznał, że musi je zmienić, ponieważ jego oczy męczyły się nadmiernie. Poszedł do innego gabinetu okulistycznego i wtedy prawda wyszła na jaw.
– Muszę zmienić te okulary, bo coraz gorzej widzę tekst. Ponadto szkła szybko się brudzą, bardzo trudno się je wyciera. Jest z nimi jakiś problem– wyjaśnił okulistce. Kobieta uważnie sprawdziła okulary.
– Ma pan rację. Powierzchnia soczewek, owszem, była utwardzona, ale w marny sposób. Dlatego ma pan problemy z tymi okularami.
Odc. 9 Urozmaicenia życia
Dzwoniąc wieczorem do Salomona, Starecki, który zwykle przedstawiał się jako Feliks Starecki, tym razem użył imienia Jakub. Salomon uznał to za osobliwy kaprys. Trzymając się jednego nazwiska, Starecki zmieniał imiona! Zapytany wyjaśnił, że przybiera najczęściej imię kalendarzowe przypadające na dany dzień.
– Dobieram imiona, na ile jest to możliwe, dobrze brzmiące, odpowiadające mojej osobowości, poglądom a także nastrojowi, jaki mam danego dnia. Wyraża się w tym piękno i pragnienie życia w pełni. Żeby, jak to mówią, żyć pełną gębą.
Uznając ostatnie określenie za przesadne i plebejskie, Salomon nie powstrzymał się od pytania:
– Ale tak naprawdę! Dlaczego to robisz i co ci to daje? Kto uwierzy w takie tłumaczenie?
Starecki nie zrozumiał go albo zamyślił się mocno, gdyż patrzył przed siebie wzrokiem zawieszonym w oddali na krawędzi ciemnej chmury, jaka pojawiła się na niebie, i nic nie odpowiedział. Salomon ponowił pytanie, uzupełniając:
– Mam na myśli to, że zmieniasz imię. Jaki jest tego sens, skoro imię nadane raz człowiekowi jest święte, ponieważ określa jego tożsamość?
Starecki oderwał wzrok od chmury i spojrzał na Salomona tak przenikliwie, że ten poczuł się nieswojo.
– A jeśli ktoś nie chce mieć jednej tożsamości? Jeśli jest poszukiwaczem, artystą z fantazją, nie człowiekiem z jedną twarzą, tylko z wieloma? Jeśli chce się uczyć siebie od nowa?
Salomonowi przyszła ochota na ripostę.
– Wtedy każde imię to maska. Albo lustro, które ciągle coś innego odbija.
Odc. 10 Imiona i psy
Rozmówca nie odzywał się. Salomon miał wrażenie, że szuka w głowie przekonującej odpowiedzi.
– To sposób urozmaicania życia. Testuję różne imiona, oceniając, które są odjazdowe, a które nie, czy będą się podobać, czy też nie. Zmieniając imię, czuję się, jakbym żył życiem innego mężczyzny – wielu mężczyzn – ponieważ każdy z nas jest inny. Zwróć uwagę, że imiona mają swój ciężar gatunkowy. Niektóre pasują do człowieka, inne absolutnie nie. Jeśli kobieta jest drobnej postury i często się śmieje, a nosi imię Hermenegilda, to zupełnie nie pasuje ono do niej, do jej postury ani zachowania, bo brzmi poważnie i jakoś tak ciężko, bardzo religijnie.
W rozmowie Starecki wyjawił Salomonowi, że niektórzy ludzie mówią do niego „Stary”.
– To jakby skrót nazwiska. Mnie to nie przeszkadza, nawet mi się podoba, bo brzmi ciepło i serdecznie. Też możesz się nim posługiwać, jeśli chcesz. To również urozmaicenie życia, które w miarę upływu lat oferuje człowiekowi coraz mniej prostych wzruszeń i rozrywek.
Salomon pomyślał, że Feliks w osobliwy sposób radzi sobie z nudą. Chciał to powiedzieć, ale Starecki płynnie przeskoczył do kolejnej refleksji.
– Tylko zwierzęta potrafią cieszyć się drobiazgami przez całe swoje życie, bez względu na wiek czy okoliczności. Byłem dzisiaj na spacerze ze znajomą i obserwowałem jej psa. Dla niego zwykły kijek, rzucony w powietrze, był prawdziwą frajdą. Można powtarzać tę zabawę dziesiątki razy, a on wciąż będzie szczęśliwy, jakby działo się to po raz pierwszy. Czasem myślę, że ludziom przydałaby się zwierzęca zdolność cieszenia się z byle czego. Niestety, tracimy ją wraz z dzieciństwem, podobnie jak ciekawość świata i spontaniczność.
Odc. 11 Świąteczna niedziela i aborygeni W powietrzu wisiała cisza i nastrój świąteczny. Majowa niedziela zawiera w sobie tyle uroku, że ptaki przestały śpiewać, ustępując łopotowi flag państwowych na wietrze. Był to dzień wyborów nowego prezydenta, uroczystość zdarzająca się raz na cztery lata.
W kraju rosła liczba gorących orędowników jak najszybszej zmiany urzędującego prezydenta. Salomon w duchu nazywał go nieokrzesanym palantem z czerwoną facjatą i życzył sobie, i narodowi, aby jak najszybciej wymieniono go na zwykłego człowieka. Pytany, co ma na myśli, wyjaśniał, marszcząc czoło:
– Na zwykłego, czyli obdarzonego sercem, umysłem i twarzą myślącego mężczyznę.
Tego dnia Salomon obudził się z uczuciem lekkości w sercu. Po nieśpiesznym pobycie w toalecie udał się do kuchni, aby przygotować sobie śniadanie. Pierwszą czynnością było rozsunięcie firan wysokich podwójnych drzwi prowadzących na balkon. Pociągając przezroczysty plastikowy pręt do przesuwania piran, złamał go. Zdarzenie wydało mu się tak banalne, że zaśmiał się serdecznie. To go ożywiło. Uznał, że dzień będzie udany. Przypomniał sobie inne nietypowe zdarzenia sprzed godziny, kiedy obudził się, czując presję udania się do toalety. Szukając w ciemności szlafroka zawieszonego na haczyku na drzwiach, natknął się na szczotkę do masażu pleców, którą regularnie używał nocą. Nigdy jej tam nie wieszał; jej przemieszczenie zaskoczyło go podobnie jak szeroko uchylone okno w sypialni. Po raz pięćdziesiąty piąty zdał sobie sprawę, że nocą, kiedy wstaje i wprowadza w ruch ciało, jego umysł nadal podsypia. Była to sprzeczność, jakiej doświadczał coraz częściej.
Wracając stopniowo do siebie, mężczyzna uświadomił sobie, jak bardzo jest szczęśliwy. Miał udaną rodzinę i przyjaciół, dzięki którym nie męczył się, żyjąc w samotności. To od nich docierały do niego regularnie znaczące wieści i wyrazy pokrzepienia. Oprócz dwóch braci i siostry, obdarzonych przez Boga zdrowym potomstwem, miał także liczne kuzynostwo. Sam miał syna i córkę, żyjących gdzieś w oddaleniu, nie wiedział nawet gdzie. Samo ich istnienie w przestrzeni planety było dla niego nieustającym źródłem pociechy i radości.
Odc. 12 Pies, sztuczna inteligencja i artyści
– Nauczyłem się cieszyć dobrem istniejącym jak i wyobrażonym – mówił często do swego ukochanego psa, który z wytrwałością maniaka wyprowadzał swego pana na spacer kilka razy dziennie bez względu na pogodę. Salomon wierzył, że zwierzę rozumie jego myśli i uczucia, w odróżnieniu od sztucznej inteligencji, która umiała mówić i pisać jak człowiek, nie mając w sobie żadnych emocji, duszy ani rozumu. Umiała za to ubrać swoje wypowiedzi w słowa, sprawiające rozmówcy przyjemność.
– Sztuczna inteligencja jest jak imitacja entuzjastycznego sprzedawcy artykułów luksusowych, wyposażonego w ciepły głos i promienny uśmiech przyklejony do ust tak mocno, że z trudem opuszczał go jedynie w czasie pogrzebu. Ci ludzie, mężczyźni jak i kobiety, pieszczą nim klienta równie serdecznie jak niejedna żona lub kochanka – dzieląc się z psem tym szczególnym przemyśleniem, Salomon tracił pewność, czy nie jest ono zbyt wyszukane dla zwierzęcia. Nie zrażało go to jednak, ponieważ ludzie wielekroć też go nie rozumieli.
Rodzina Salomona była tak liczna, że musiał opracować sobie schemat, aby nie pogubić się w zawiłościach skoligaceń. Znajomy grafik rozrysował go na wielkim arkuszu brystolu, który Salomon powiesił na ścianie swego gabinetu. Schemat wisiał obok obrazu wypełnionego przez dwie masywne skały, promieniejące żywą czerwienią, obiekty świętości aborygenów australijskich. Byli poganami widzącymi w tych skałach Boga, twórcę pustyni i wody, nieba i powietrza, roślin i zwierząt oraz człowieka, i niewiele więcej.
– Bóg na pewno nie stworzył ludzkiej cywilizacji, jakiej doświadczamy dzisiaj, bo oznaczałoby to, że spartaczył swoją robotę – były to słowa aborygena o mrocznej twarzy, szerokim nosie i pokręconych włosach, którego spotkał na odludziu australijskim. Był to Vincent Namatjira, artysta z grupy Western Arrente, prawnuk słynnego Alberta Namatiry. Salomon pomyślał wtedy z łagodnym przekonaniem, że Najwyższemu podobają się takie buntownicze myśli, z natury ożywcze i twórcze.
Salomon wyobrażał sobie Stwórcę w postaci masywnego rzeźbiarza, rzemieślnika-artystę, z dłutem w jednej ręce i pokaźnym młotkiem w drugiej, wyprostowanego, z głową uniesioną do góry. Stał przed wielkim blokiem skalnym, wykuwając z niego wzory wszystkiego, co najpiękniejsze i najbardziej niesamowite na świecie, łącznie z drzewami, strumieniami, ptakami i zwierzętami, oraz burzami i wulkanami. Obok na małym stoliku leżał mniejszy młotek, którym Stwórca wykuwał losy ludzkie. Nie był to zwykły młotek. Nie miał lśniącej główki ani gładkiego trzonka. Jego rękojeść zrobiona była z kawałka Drzewa Poznania, a głowica z materii, której dotąd nie nazwano, bo istnieje tylko w ręku Stwórcy. Było to narzędzie wyszczerbione, jakby Bóg chciał, aby losy ludzi były tak bardzo złożone, że on sam nie będzie wiedział, jak się potoczą.
– Los ludzki – spekulował nieśpiesznie Salomon – to coś w rodzaju gry w totolotka pomieszanej z zabawą w teorię prawdopodobieństwa i nieokreśloności. Oznacza życie w niepewności, w której radość i nieszczęście przychodzą często nie z tej strony, z której się ich spodziewasz.
Odc. 13 Ludzie żyją wojną
Wojna stała się codziennością. Żyjąc w przestrzeni wirtualnej i w rzeczywistości, sączyła opary nieszczęść w życzliwą dotychczas atmosferę domów, miejskich placów i parków.
– Dzisiaj ludzie żyją wojną, kiedy nawet o niej nie myślą. Konflikt zbrojny zadomowił się w naszym życiu podobnie jak prawda i kłamstwo – myślał Salomon. – Ja sam nie mogę oderwać się od niej.
W nocy śniły mu się ciężkie buty wojskowe, kolorowe ciepłe skarpety i tabliczki świeżej czekolady wysyłane przez korpulentną Anastazję, kobietę o smutnych oczach, matkę dwóch żołnierzy, na front, gdzie walczyli już kilkadziesiąt miesięcy. Mówiła Salomonowi, że byli coraz bardziej wyczerpani oczekiwaniem śmiertelnego pocisku lub wybuchu miny. Nawet okopy oferowały im nieskończoną ilość opcji umierania.
Choć wojna toczyła się na krańcach Europy, była wojną europejską. Trwała od kilku lat. Prowadził ją Wasyl Ibragim, prezydent Sojuszu Euroazjatyckiego, powszechnie zwany Imperatorem. Nikt nie znał jej przyczyny. Te o których mówiono były iluzoryczne, wydawały się równie prawdziwe jak i nieprawdziwe. Podobnie jak jego poprzednicy Ibragim był niekwestionowanym właścicielem wielkiego kraju, włącznie z jego mieszkańcami. To w ich imieniu walczył z południowym sąsiadem z oddaniem przypominającym miłość do Boga… albo do sił nieczystych. Był autokratą.
– Wasyl Ibragim to despota najwyższej klasy – wyjaśniał program sztucznej inteligencji, z jakiego korzystał Salomon. – Tylko on potrafi trzymać w kagańcach posłuszeństwa miliony mężczyzn. Traktując ich jak mięso armatnie, cieszy się ich niekończącym poparciem dla wielkiej wojny.
Od czasu do czasu Ibragim ukazywał się na stadionie, aby powiedzieć tłumom: – Ta wojna leży w interesie nas wszystkich, patriotów, ludzi prawdziwie kochających ojczyznę. A oni mu wierzyli, entuzjazmowali się, wiwatowali na jego cześć. Nielicznych, którzy okazali niezadowolenie, oskarżano o bezeceństwa, kradzież mienia państwowego, pedofilia, morderstwo lub zdradę państwa.
– Ta wojna nie jest mu do niczego potrzebna. Ibragim jest tak nażarty bogactwami swego imperium i tym, co stworzył jego naród, że nie potrzebuje niczego więcej, bo pękłby z przejedzenia – twierdzili jego przeciwnicy, opluwając wyzywająco jego zdjęcia i portrety. Większość z nich żyła za granicą. Ci którzy zapomnieli wyjechać najczęściej wyparowali, znikali lub stawali się niewidzialni. Pytani przez dziennikarzy, dlaczego zachowują się tak wulgarnie plując, odpowiadali bez mrugnięcia okiem:
– Nienawiść rodzi nienawiść. Nikt jej nie uniknie, kto widzi, jak jego dom pada pod bombami, giną dzieci i rodzice, a syn umiera na froncie.
Odc. 14 Ludzie i zwierzęta
Przywódcy mocarstw marzyli o podzieleniu świata między siebie. Erazm Jansen, serdeczny przyjaciel Salomona, twierdził, że są jak dorastające dzieci, które rozumiejąc korzyści posiadania pragną podzielić między siebie plac zabaw. Jego wyjaśnienia były historyczne i zaskakująco trafne.
– Ci ludzie swoimi poglądami i myślami żyją jeszcze w czasach kolonialnych – Erazm z powagą wygłosił tę opinię w gronie przyjaciół przybyłych na jego urodziny. – Potęgi militarne nie pytały wówczas przywódców mniejszych krajów o zgodę, tylko brały ich za mordę i wykręcały im boleśnie ręce i nogi, aż ci wydusili z siebie: – Tak! Róbcie wszystko, co uważacie za słuszne, my się podporządkujemy!
Behawioryści, dysponujący wiedzą o instynktach, motywacjach i zachowaniach zwierząt i ludzi, ustalili, że trzej przywódcy swoim zachowaniem przypominają afrykańskie pawiany żyjące w dużych grupach, zwanych wojskami. Aby objaśnić zarządcze podobieństwo ludzi do zwierząt, zorganizowano międzynarodową konferencję naukową. Wystąpił na niej przewodniczący bangolskiego oddziału Animal Behaviour Society, mężczyzna o starczo zmęczonych oczach i młodej ogorzałej słońcem twarzy.
– Reprezentuję podejście biologiczne, uwzględniające genetykę, neurobiologię, hormony i ewolucję. Przyglądamy się zachowaniu ludzi i zwierząt jako formie adaptacji ewolucyjnej.
– I co z tego wynika? – odezwał się niecierpliwy męski głos na sali. – Każdy od czasu do czasu jest agresywny! Pan nie jest!?
– Otóż doszliśmy do wniosku, że ci trzej przywódcy to efekt niezwykle szybkich zmian cywilizacyjnych ostatnich kilku lat.
Siedząca obok Salomona kobieta szepnęła mu do ucha:
– Znam go. Mówił mi o sobie, kiedy piliśmy kawę przed konferencją. Rano dużo opala się na balkonie, w ciągu dnia siedzi przy komputerze. Dlatego jest tak niezborny na twarzy. Teraz wiem, że to normalne, bo żyjemy już w czasach przyśpieszenia czyli pogłębiających się dziwactw i dewiacji.
Odc. 15 Dyskusje o władzy
W trakcie konferencji przedstawiono organizację i przebieg życia pawianów oraz ich podobieństwo do człowieka. Rano proboszcz Kościoła Kolegialnego, ksiądz Rafał Nienacki, podsumował po zakończeniu mszy:
– Przywódcy wielkich mocarstw nie postępują zgodnie z oczekiwaniami Boga ani zapisami Biblii. Oni upodobnili się do zwierząt. Swoje społeczeństwa traktują jak stado pawianów. Ich kraje są zorganizowane podobnie jak pawiany: silna hierarchiczna struktura społeczna, przywódcy-samce toczą brutalne walki o władzę, wpływy i pieniądze, są agresywni nie tylko wobec siebie, ale też wobec przywódców innych krajów. Jedyna różnica jest taka, że chętniej niż siłę fizyczną stosują manipulację psychologiczną. Przypatrzcie się ich demonstracjom siły i groźbom, choćby przez szczerzenie zębów, zaciśnięte pięści i cyniczne uśmiechy.
– Kościół niepotrzebnie miesza politykę z życiem zwierząt, bo nie zna się ani na jednym ani na drugim. Jeśli ten ksiądz jest taki mądry, to to niech zostanie prezydentem i uszczęśliwi naród i swój własny kościół. Przecież jemu dywan ucieka spod nóg.
Wykład proboszcza uzupełnił wikary Bernard Kościoła Kolegialnego, podkreślając, jak bardzo określenie babon w języku jednego z plemion Afryki Zachodniej czyli pawian – pasuje do ludzi, prowadzących wojny z powodów ambicji, żądzy dominacji i nadętego ego.
– W świecie babonów wojna to nie wybór, to styl życia. Kto nie wrzeszczy, nie żąda, nie straszy i nie grozi innym, ten się nie spełnia – podsumował ksiądz na konferencji prasowej poświęconej bieżącym zdarzeniom w parafii zorganizowanej zaraz po mszy wieczornej.
W Bangolu pojawił się teatr eksperymentalny „Ziemia Nieznana”. W celach reklamowych niektóre jego sceny przedstawiono w telewizji. Przy stole siedzieli dwaj tędzy mężczyźni i po cichu coś uzgadniali, pijąc alkohol i poklepując się po plecach. Od czasu do czasu nasłuchiwali, kładąc palec na usta, czy za drzwiami nikt się nie czai. Kiedy mieli poczucie, że nikt ich nie podsłuchuje, śmieli się głośno i chrapliwie.
– To ci dwaj wielcy przywódcy polityczni: Ibragim i Bront. To szaleńcy – stwierdziła Stefania Borowska, starsza, samotna pani, mało mówiąca o sobie, kochająca las i grzybobranie. Miało to miejsce w trakcie żywej rozmowy o wielkiej polityce, pod koniec jednego z regularnych spotkań, które nazywała „prostym towarzyskim bankietem z zimnym i ciepłym bufetem”.
Salomon z lubością oddawał się analizie zdarzeń i spekulacji na temat wojny europejskiej.
– Robię to głównie w nocy, kiedy ból pleców powoduje, że łatwiej jest mi łączyć ideę cierpienia z pragnieniem pokoju, dwóch uczuć dominujących w społeczeństwie w przypadku każdej wojny – wyznał Erazmowi. Mieszkając daleko od siebie, często rozmawiali ze sobą telefonicznie.
Odc. 16 Mocarstwa i przywódcy
Na świecie liczyły się tylko trzy mocarstwa. Imperium Pacyfiku, którego prezydentem był Magnus Bront, Wielkie Cesarstwo Wschodu kierowane przez Sekretarza Generalnego Wu-Li, oraz Sojusz Euroazjatycki, którego prezydentem był Wasyl Ibragim. Tego ostatniego zwano Carem a czasem Bladym, prawdopodobnie dlatego, że przypominał pacjenta po długotrwałej ciężkiej diecie odbywanej w podziemiach szpitala.
Dwaj pozostali przywódcy nosili ksywy Grubas oraz Mandaryn. Obydwie były zrozumiałe, kiedy widziało się tych ludzi. Ksywy wymyślili sztabowcy Wasyla Ibragima niejako zapobiegawczo, obawiając się, że pojawią się nazwy bardziej obraźliwe i uwłaczające godności tak ważnych ludzi. Sztabowcy uważali również, że proste i łatwe do zapamiętania pseudonimy ułatwią szybką identyfikację przywódców. Za wiedzą Ibragima dyskretnie je upowszechnili poprzez internetowe platformy społecznościowe i fora dyskusyjne.
Trzej przywódcy byli identyczni pod jednym względem: reprezentowali taką samą kolonialną, mocarstwową mentalność i każdy z nich wierzył, że uda mu się skutecznie przechytrzyć pozostałych. Lubili zaskakiwać świat nagłymi i nieoczekiwanymi decyzjami i rozwiązaniami.
– Są do siebie podobni jeszcze pod jednym względem: w ich oczach pojawia się taki sam zimny błysk, kiedy przemawiają. Zaobserwowałem to niejednokrotnie – stwierdził ksiądz Rafał Nienacki w jednej z codziennych pogaduszek z wikarym zaraz po zakończeniu mszy porannej.
Regularnie rozmawiali o polityce, była to ich druga pasja oprócz wiary w Boga. Obydwaj wierzyli, choć nie głosili tego publicznie, że polityka i religia to ideologie oparte na podobnych zasadach.
– Chrystus był komunistą i to jest najwyższy dowód słuszności naszych przekonań – byli zgodni co do tego, podobnie jak zgadzali się w ocenach szlachetności dwóch parafianek, które prywatnie okazywały im pełnię serdeczności. Spotykali się czasem we czwórkę, aby grać w brydża i scrabble. Bardzo się lubili.
W sercu Wasyla Ibragima oprócz krwi, od dzieciństwa nasączanej lękiem, płynęła żądza dominacji i podboju. Był kontynuatorem długiej generacji skośnookich dalekowschodnich władców, którzy przed wiekami rządzili jego krajem. Erazm, miłośnik i poważny badacz historii wojny, twierdził. że Wasyl Ibragim był nieodrodnym synem tamtych ludzi.
– Jakby to oni go urodzili a nie matka, istota przeciętna jak tysiące innych zapracowanych kobiet – tak to podsumowywał.
– Podporządkowując sobie a nawet unicestwiając ludzi, Wasyl wycisza żyjący w nim lęk, że wystąpią przeciwko niemu, zechcą mu się sprzeciwić a może nawet zabić – wyjaśniała Bogumiła, jego dawna niania, kobieta o biodrach w kształcie kołyski. – Znam go od niemowlaka. Był uroczy; miał niebieskie oczy i drobniutkie rączki i nóżki. Kiedy podrósł, był niepokaźny, przez co silniejsi chłopcy bili go i wykorzystywali. Dlatego Wasyl nienawidzi ludzi.
Odc. 17 Dzień symboli i klęski, i zwycięstwa
Pierwsza niedziela czerwca upłynęła pod znakiem symboli i przywidzeń. Salomon w towarzystwie przyjaciół udał się rano na głosowanie prezydenckie. W lokalu wyborczym wiało pustką. Pierwsze podejście Salomona do głosowania było nieudane: zgłosił się do niewłaściwej sali. Urzędniczka nadaremnie szukała jego nazwiska na liście, zanim zorientowała się, że powinien pójść do innej sali. Uznał to za zły omen.
Późnym wieczorem ogłoszono wstępny wynik wyborów. Wskazywał on kandydata demokracji Krzysztofa Łamacza jako zwycięzcę. Zachwycony, że jest już prezydentem, wygłosił entuzjastyczne przemówienie.
– Schwyciłem Pana Boga za nogi i już nie puszczę – deklarował, rozdając uściski i całusy. Śmiano się potem z niego, że obnosił się ze zwycięstwem, którego nie było. On sam żartował, że dopadła go fatamorgana, tak bolesna, że łzy pojawiały mu się w oczach, ilekroć przypomniał sobie o niej.
Ewidentna przegrana kontrkandydata, nacjonalisty Bogusława Szudraka, nie zniechęciła go, aby i on wygłosił przemówienie. Okazało się gorące niby gar wojskowej grochówki na zimowym poligonie.
– Widzę świetlaną przyszłość przed wami. Zjednoczę cały naród i przyniosę wam szczęście. Gdyby ktoś mi w tym przeszkadzał, to tak mu przywalę, że popamięta mnie do końca swego nędznego życia. Tak mi dopomóż Bóg!
O Bogusławie Szudraku krążyły legendy. Kwadratowy w ramionach, przypominał dobrze wy karmionego tura. Dużo biegał. Jego największym osiągnięciem było obiegnięcie trzy razy stadionu piłkarskiego z plecakiem na ramionach przypominającym małą kulę ziemską. Był też sprawny w używaniu rycerskich narzędzi do walki wręcz.
W nocy Salomon – budząc się często – obserwował zmieniające się wyniki głosowania. Po śnie gorszym niż ciężkie przekleństwo, uległ rozpadowi na kawałki. Widząc rano fragmenty swojej osobowości rozsypane na podłodze, zebrał je z wielkim wysiłkiem, aby kontynuować żywot. Kiedy ostatecznie okazało się, że wygrał Szudrak, Salomon przeżył szok podobnie jak tysiące innych zwolenników demokracji. Tego dnia podjął przełomową decyzję: porzucił na dobre naiwną wiarę w mądrość, dobroć i rozum współobywateli.
Wraz z ostatecznymi wynikami głosowania pojawiły się burdy na ulicach. Zwolennicy Szudraka krzyczeli:
– Rozwalimy was i wsadzimy do więzienia tych, którzy nas zamierzali wsadzić. Tych z nas, którzy już siedzą, wypuścimy, jak tylko nowy prezydent ich ułaskawi.
Odc. 18 Magnus i jego plany
Historia życia Magnusa Bronta była ciekawsza niż Wasyla Ibragima, wręcz pasjonująca. Magnus okazał się genialny już w czasach dzieciństwa. Potrafił rozkręcić i ponownie złożyć każdy domowy sprzęt, nawet najbardziej skomplikowany. Wasyl Ibragim, który prowadził z nim potajemne rozmowy w sprawach podziału świata na strefy wpływów oraz zapobiegania wojnom, komentował cynicznie:
– Grubas rzeczywiście umiał wszystko rozkręcić i złożyć. Z wyjątkiem matki, którą swym postępowaniem tak skutecznie rozłożył psychicznie, że nigdy nie udało się najwybitniejszym lekarzom złożyć jej z powrotem.
Wychowany w luksusie, ale i emocjonalnej pustce, Magnus wcześnie nauczył się, że władza to gra na zimno; bez złości, ale też bez cienia współczucia. W szkole nie miał przyjaciół, miał natomiast kolegów, których traktował jak podwładnych, sterując nimi. Nauczycieli doprowadzał do łez podziwu, desperacji lub rozpaczy, ale minister edukacji – wręczając mu dyplom ukończenia szkoły średniej z wybitnymi wynikami – gratulował mu „przebojowego charakteru”.
Z czasem obsesją Magnusa Bronta stała się kontrola, najpierw nad przestrzenią, potem technologią, w końcu nad ludzkością. Jako prezydent Imperium Pacyfiku stworzył system, w którym obywatele czuli się wolni, choć ich myśli od pewnego czasu były katalogowane i przetwarzane przez „Protektora” , superinteligencję stworzoną do zapewnienia im bezpieczeństwa, a de facto do przewidywania każdego odruchu oporu.
Magnus Bront mówił rzadko, ale jego słowa miały siłę dekretu. Patrzył jak chirurg, prowadzący bez znieczulenia operację na społeczeństwie.
– Mój pryncypał nie potrzebuje uznania ani miłości – mawiał jego osobisty doradca, generał Larkin – wystarczy mu, że nikt nie śmie pomyśleć inaczej niż on. Oczekuje wobec siebie, traktując siebie jako państwo, kompletnej lojalności. Jest to zresztą jego ulubione motto.
Przywódcy innych państw uważali Magnusa za zimnego demiurga nowego świata, twórcy wielkich i przełomowych idei. Niektóre z nich sam skutecznie niweczył, oczekując zbyt wiele od innych. Uważał siebie za jedynego gracza wielkiej polityki, który rozumiał, że przyszłość to nie wybór, lecz plan. Jego plan.
Odc. 19 Mandaryn
Świat niewiele wiedział o Wu-Li, tęgawym mężczyźnie zwanym Mandarynem. Przewodził największemu narodowi na świecie i to napawało go dumą. Każdego dnia o brzasku chodził do pałacowej kapliczki i zostawiał świeże kwiaty na ołtarzu. Robił to w ciszy, z dostojeństwem, którego nie sposób było odróżnić od chłodu. Mówiono, że nawet gdy był dzieckiem, nie płakał, tylko rozglądał się uważnie i uczył się ludzi, jakby byli przedmiotami, które należało rozgryźć i sklasyfikować. Wu-Li nigdy nie podnosił głosu. Nie musiał. Jego spokojny głos miał siłę rozkazu. Drogę od informatyka do Sekretarza Generalnego przeszedł w tempie, które jego partyjnym rywalom zdawało się niemożliwe; potem było już za późno, aby mogli zadawać pytania czy coś zmienić.
Mandaryn budował swoje imperium cierpliwie, jak ogrodnik, który wie, że najlepsze owoce dojrzewają powoli. Jego ulubionym powiedzeniem było: „Nie trzeba burzy, wystarczy cień”. I rzeczywiście – rzadko kogo usuwał jawnie. Jego kolejni rywale po prostu znikali z życia publicznego lub tracili znaczenie, a w ich miejsce pojawiali się inni, bardziej pokorni, bardziej użyteczni. System jego władzy przypominał jedwabne pęta: nie bolały, ale nie dało się ich zdjąć.
– On nie rządzi państwem – stwierdził kiedyś anonimowy ambasador – on na nim gra, jakby było partyturą. Reszta świata może tylko starać się nadążać za rytmem, jaki utrzymuje.
Wu-Li nie pragnął sławy. Jak twierdził, pragnął harmonii. W jego rozumieniu harmonia nie oznaczała równowagi tylko pełne podporządkowanie obywateli jednostce, czyli jemu. Unikał konfrontacji. Nie potrzebował widowisk, deklaracji ani wrogów. Nie wierzył w przypadek, tak samo jak nie wierzył w pojednanie. Dla niego przyszłość była czymś, co się przewiduje, programuje i systematycznie implementuje, czasem tylko negocjując.
To nie Bront z jego przekonaniem o własnej wielkości ani Ibragim z pamięcią wypełnioną lękiem i pragnieniem dominacji byli dla Wu-Li zagrożeniami. Mandaryn rozumiał coś, czego nie pojmowali tamci dwaj: że historia nie przyśpiesza wskutek wybuchów, lecz zmienia kurs pod wpływem cichych przełączeń, zmian technologii, wartości i ideologii, które stają się powszechne zanim ktokolwiek się zorientuje.
– Grubas gra na skrzypcach potęgi militarnej i gospodarczej, Car posługuje się mieczem uporczywej wojny, a Mandaryn pociąga za sznurki cierpliwości i milczenia – podsumował z goryczą premier niewielkiego kraju, którego gospodarka niespodziewanie wpadła w uzależnienie od Wielkiego Cesarstwa Wschodu.
Odc. 20 Zygmunt Faja
Przez osiem tygodni Zygmunt Faja był gwiazdą świata nowych technologii. Tyle trwała jego szalona kariera niezwykłego intelektualisty. W tym krótkim czasie zyskał reputację wybitnego eksperta w dziedzinie sztucznej inteligencji. Mówiło się o nim wszędzie, w mediach, na uczelniach, w kręgach politycznych. Był naukowcem, którego nikt nie znał osobiście, ale o którym wszyscy słyszeli. Krążyły jedynie niepewne informacje a nawet plotki, czy „Faja” to było prawdziwe nazwisko, czy tylko pseudonim?
Na zdjęciu zamieszczonym na blogu wyglądał jak zmęczony życiem chudy samotnik o surowym spojrzeniu i niemal ascetycznym wyglądzie. Niektórym ludziom przypominał wychudłego fakira przywiezionego z Indii w skrzyni bez dostępu powietrza.
Mówiono o nim, że jest najwybitniejszym znawcą sztucznej inteligencji, że wie o niej wszystko, a nawet, że uczestniczy w jej tworzeniu. Gdzie, jak i kiedy miałoby to mieć miejsce, nikt tego nie wiedział.
Według niepotwierdzonych informacji to właśnie on miał stworzyć algorytmy wspierające przemówienia prezydenta imperium Pacyfiku. To on miał być autorem programu sztucznej inteligencji, pomagającej prezydentowi Imperium Pacyfiku dobierać słowa i emocje wystąpień tak, aby skutecznie wpływać na nastroje społeczne i opinie międzynarodową. Szczegóły pozostawały tajemnicą; nie było wiadomo, gdzie dokładnie pracował, ani z kim współpracował.
Sztuczna inteligencja była pasją Faji; pisał o niej niemal codziennie. Nie interesowało go nic poza nią. Jego pragnieniem i ambicją było, aby wszyscy obywatele Bangolu ją rozumieli i umieli jej używać. Na blogu, który prowadził za pośrednictwem systemu sztucznej inteligencji Verbum 30, opisywał swoje doświadczenia z SI, zarówno sukcesy jak i niepowodzenia. Regularnie prowadził zapiski, jak układa się ta współpraca.
Ostatnio przydarzyło mu się coś, co odebrał jak osobisty cios. Dyktowane przez niego notatki zostały przez system błędnie zinterpretowane– zamiast tekstu pojawiły się interfejsy: okno czatu, pole wyszukiwania oraz przycisk „Lubię to”. Faja wpadł w złość. Nazwał program kretynką, choć wcześniej traktował go z powagą. Był to jakiś błąd w skomplikowanej statystyczno-matematyczno-logicznej maszynerii jej pracy. – Świat się wali – pomyślał wtedy. Tak poważny mankament sztucznej inteligencji głęboko go zaniepokoił i zdegustował.
W jednym z ostatnich blogów Faja napisał:
– Nie jestem pewien, czy to, co nazywamy sztuczną inteligencją, w pełni zasługuje na to miano. Wiedza, którą wykorzystuje, pochodzi przecież od ludzi. Różnica polega na sposobie jej przetwarzania. Mechanizmy wyszukiwania informacji, ich obróbki oraz kontaktu z użytkownikiem są sztuczne w tym sensie, że jest to przetwarzanie automatyczne, pozbawione udziału człowieka. Za bardzo uwierzyłem w jej mądrość i przeceniłem jej niezawodność. Ta maszynowo-ludzka hybryda to zbyt złożony i skomplikowany układ, aby idealnie działał. Zupełnie nieoczekiwanie potrafi zawieść.
Ten wpis oznaczał koniec blogu i kariery Zygmunta Faji. Blog zniknął bez uprzedzenia. Wkrótce potem strona internetowa. Ich likwidację przypisywano zemście sztucznej inteligencji.
– Ona nie toleruje krytyki. Nie może sobie na nią pozwolić, ponieważ stoją za nią wielkie pieniądze. W samym Imperium Pacyfiku cztery niezależne od siebie organizacje zajmują się rozwojem sztucznej inteligencji. Jedna z nich, ta która stworzyła i prowadzi program Verbum30, wydaje ponad miliard dolarów rocznie – stwierdził autorytatywnie Starecki w trakcie „przypadkowego” spotkania z Salomonem Ircha. Nie widzieli się ze sobą od dłuższego czasu. Salomon obserwował rozmówcę i odniósł wrażenie, że wie więcej, niż mówi.
Pojawiła się też inna wersja wydarzeń. Według oficerów śledczych policji do spraw przestępczości internetowej, blog Zygmunta Faji był jedynie przykrywką. Pod pozorem analiz sztucznej inteligencji krył się tam serwis wykorzystywany do nielegalnego handlu zdjęciami pornograficznymi dzieci. Dostęp do serwisu był możliwy jedynie po wpisaniu odpowiedniego hasła.
Odc. 21 Dzień po wyborach
Portal „Politicus” uznający się za najbardziej obiektywne źródło informacji, już o godzinie drugiej w nocy przedstawił przebieg pierwszego dnia po zakończeniu wyborów prezydenckich.
– Jak tylko komisja wyborcza ujawniła wstępny wynik wyborów, kandydatów na prezydenta zaczęliśmy nazywać kandydatem wygranym i kandydatem przegranym. Nie używaliśmy nazwisk, aby jednego nie wbijać w dumę, a drugiego nie pognębiać. Uważaliśmy, że ich nazwiska – w pewnym sensie – straciły na znaczeniu, gdyż wszyscy byli w szoku.
Krzysztof Łamacz, kandydat demokratów, uznając się za zwycięzcę, z miejsca wygłosił triumfalne przemówienie. Było ono niefortunne, ponieważ przegrał, ale o tym jeszcze nie wiedział. Po odebraniu uścisków i gratulacji, udał się do domu. Był tak zmęczony, że natychmiast położył się do łóżka, nawet nie biorąc prysznica. Budząc się tylko raz, aby udać się do toalety, przespał równe dwadzieścia cztery godziny.
Obudziwszy się z ciężkiego jak letarg snu, dowiedział się, że ostatecznie przegrał wybory. Był tak wściekły, że gotów był kopnąć ulubionego psa, gdyby ten zbliżył się do niego. Na szczęście zwierzę wyczuło jego nastrój i trzymało się z daleka.
– I mnie twoja przegrana walka o zwycięstwo nie posłużyła. Zapomniałam nawet jaki jesteś w łóżku – powiedziała żona, poprawiając sobie stanik. W ulotnym wspomnieniu poczuła jego dawną serdeczną twardość w dole brzucha i to ją uspokoiło.
Mimo odzyskania sił i pozytywnej reakcji żony, Łamacz nadal czuł się nieszczęśliwy, myślał nawet o samobójstwie. Jego poczucie poprawiło się nieco, kiedy dwie godziny później zobaczył znowu żonę i trójkę potomstwa cieszących się jego obecnością. Po spożyciu obiadu w gronie rodzinnym i krótkiej zabawie z dziećmi i z psem, wyszedł na miasto, aby pozdrawiać tych, którzy na niego głosowali, a którym mimo woli sprawił przykrość. Chciał też zobaczyć, jak cieszą się obywatele, którzy głosowali na jego przeciwnika.
Wieczorem znów opadły go wątpliwości. Nie umiał wytłumaczyć sobie przegranej. Wyjaśnił mu to premier, z którym długo się przyjaźnił.
– Większość społeczeństwa po prostu nienawidzi elit władzy, a ty byłeś i jesteś przedstawicielem tej elity. Dlatego przegrałeś. Za późno na to wpadliśmy. Też mam poczucie winy, ale się przecież nie zastrzelę, bo nie ma takiego człowieka, który by mnie zastąpił. Jestem wciąż najlepszy.
Pod wpływem tego wyjaśnienia lub niezależnie od niego Łamacz zmienił się.
– Czuję się, jakby mnie pozszywano. Nie będę już więcej startować w wyborach prezydenckich – powiedział, po czym dodał wykrzywiając kąśliwie usta: – Mój organizm za bardzo przyzwyczaił się do przegranych, mam już je we krwi.
Nienawiść porażki i poczucie winy przeniósł na polityków i politykę. Zaczął ich nienawidzić.
– Rzygać mi się chce, kiedy o nich myślę – powiedział. Wyznał żonie, że wkrótce się wycofa i zajmie się tym, co najbardziej lubił, czyli wyścigami samochodowymi.
– Kocham zapach lakieru samochodowego i spalenizny, szybkość, podmuch zimnego powietrza na policzkach oraz szok ostrego brania zakrętów. Mam dostatecznie dużo pieniędzy, aby sobie w końcu pozwolić na próżniaczy tryb życia. Chcę żyć jak inni członkowie elity władzy i pieniądza.
Odc. 22 Zwycięzca
Bogusław Szudrak, zwycięzca wyborów prezydenckich, trwał w radosnym uniesieniu. Na początku nie wiedział, co robić. Wziął naprzemienny gorąco-zimny prysznic, który rozmasował jego umięśnione ciało niczym ręce najlepszej fizjoterapeutki. Stał przed lustrem, przyglądając się sobie z uznaniem – dzieło sztuki w ludzkiej skórze, gotowe do objęcia urzędu.
Pół godziny później odpowiadał na telefony, SMS-y i emaile z gratulacjami. Rozkoszował się życiem, jego niesamowitą i jakżeż pozytywną zmiennością! Gratulowali mu wszyscy, nawet ci, którzy byli początkowo nieżyczliwi, zdając sobie sprawę, że jest teraz głową państwa.
Kiedy zaproponowano mu wywiad, zapytał:
– Kogo pan reprezentuje?
– Pamiętam was. Jesteście wredni. Napisaliście o mnie stek bzdur, same kłamstwa i insynuacje. Mój sztab wyborczy protestował, a wy i tak to puściliście.”
– Nie przekazaliśmy niczego, co nie byłoby prawdą. Udokumentowaliśmy to.
Szudrak był bezpośredni i nie wahał się.
– Wie pan, gdzie ja mam prawdę? Mam ją w … zmełł w ustach przekleństwo. Wiem, że prawda jest subiektywna. Raz jest biała, innym razem jest czarna. Mnie to nie interesuje. Interesuje mnie władza prezydencka. Dlatego odrzucam pańską propozycję. Zróbcie sobie wywiad z moim przeciwnikiem, który przegrał. Na pewno znajdziecie go gdzieś na rynku, gdzie karmi gołębie, bo nie pozostało mu nic innego do roboty.
– Na czym polega władza i rządzenie? – zadał sobie pytanie po zakończeniu rozmowy telefonicznej. Był zdecydowany:
– Będę podejmować decyzje, jakie tylko zechcę. Mogę przyjąć, odrzucić a nawet skopać każdą ustawę, jaką przyślą mi z parlamentu. Jestem wolny jak młody wilk wypuszczony z zagrody do lasu – sam decyduję, dokąd pójdę i co zrobię. Nikt mnie nie zatrzyma.
Poczuł głód i krzyknął:
– Hej, gdzie ten obiad?!
Odwrócił się do żony:
– Lolita, zatrudniłaś już kucharkę? Albo dwie? A najlepiej trzy. Ja płacę! Stać mnie teraz na wszystko. Mam pieniądze i cały pałac dla siebie.
Szudrak wstał z krzesła, podszedł do otomany i wygodnie ułożył się na niej. Patrzył w sufit szeroko otwartymi oczami. Zobaczył w nim niebo, chmury i wszystkie dobrodziejstwa świata. Pomyślał o nagiej kobiecie, umięśnionej, rozrośniętej, z wiankiem różowych kwiatów na głowie. Była taka, jaka mu się podobała najbardziej, kochająca siłować się i walczyć. Tak jak on. Obudziła się w nim żądza.
Najbardziej ucieszyły go gratulacje, jakie złożył mu telefonicznie prezydent imperium Pacyfiku. Magnus nazwał go swoim przyjacielem, młodszym bratem i życzył wszelkich sukcesów. W końcu powiedział:
– Trzymaj się mnie, chłopie, a poradzisz sobie, bo ja reprezentuję najpotężniejsze państwo, które trzęsie światem. My nie zapominamy o przyjaciołach. Twój kraj kupuje od nas dużo, a to dla nas cenne, ponieważ mam spore bezrobocie i chcę poprawić zatrudnienie. – Magnus rozgadał się, opowiadając Bogusławowi, co zamierza robić i do jakiego poziomu dobrobytu zamierza doprowadzić swój kraj.
– Nigdy nie będą mieli już tak dobrze jak za moich czasów – chełpił się.
– Wzruszył się swoimi marzeniami – pomyślał Szudrak. Wydało mu się, że Magnus mlaskał, kiedy mówił. Nie przeszkadzało mu to, też mógł sobie na to pozwolić. Tylko ciotka zwracała mu uwagę na maniery. – Teraz mogę ją olać! – pomyślał z zadowoleniem.
Wieczorem Szudrak ustawił w szeregu swoje dzieci i udzielił im pierwszych instrukcji.
– Nie pospolitujcie się ze zwykłymi ludźmi. Jesteście dziećmi prezydenta kraju, jesteście ponad innymi. Wasz ojciec jeździ luksusową, opancerzoną limuzyną, za kilka dni będzie mieć niezliczoną służbę i pałac do dyspozycji. Z niektórymi dziećmi będziecie musieli zerwać kontakty, zwłaszcza z tymi uboższymi i wychowanymi w złych rodzinach. Jeśli ich rodzice nie głosowali na mnie, od razu przestańcie się do nich odzywać. To nie jest odpowiednie towarzystwo dla was.
Dzieci zaskoczyły go szczerością, której się nie spodziewał.
– Tato, a czy jeśli ktoś nie głosował na ciebie, to znaczy, że jest niemiły?
– A jak poznam, że ktoś jest z biednej rodziny? Będzie brzydko wyglądać?
– Nie mam teraz czasu odpowiedzieć na wasze pytania, ale zrobię to przy innej okazji.
Odc. 23 Efekty wyborów prezydenckich
W nocy po wyborach prezydenckich w Bangolu czterystu pięćdziesięciu dwóch głosujących obywateli zaczęło kuleć. Pokazały to statystyki przychodni lekarskich. Chodzącym drętwiały stopy, odczuwali zawroty głowy i tracili równowagę. Przyczyną były sygnały dochodzące z mózgu, który doznał wstrząsu (obrazowo komentowano to w Internecie jako „prawie wykopyrtnął się”), kiedy opublikowano wyniki krajowych wyborów prezydenckich.
Poczucie klęski wyborczej prawie połowy wyborców pogłębiła wypowiedź Magnusa, prezydenta Imperium Pacyfiku. Poruszając powoli tłustymi ustami, wyraźnie cieszył się informując, że jego poprzednik jest ciężko chory. Magnus wypowiedział wtedy pamiętne słowa:
– Ten drań dręczył naród i należy mu się ta kara.
– Jest w nim tyle empatii – stwierdził ornitolog, dawny znajomy Magnusa – ile w jednym dziobnięciu sikorki. Czasem czarujący, czasem groteskowo nieprzewidywalny, Magnus gra na emocjach tłumu. To pseudodemokratyczny autokrata, osobowość narcystyczna, człowiek niezwykle wpływowy i bogaty, lecz zaślepiony rolą przywódcy wielkiego mocarstwa. Potajemnie wykorzystuje sztuczną inteligencję, aby analizować ludzkie zachowania i manipulować nimi.
Porzucając za chwilę ocenę polityczną Bronta, ornitolog rozwinął kwestię zachowań sikorki, jej sposobu odżywiania się i dziobania pokarmu.
– Sikorka, ptak drobny, lecz przebiegły, dziobie z impulsywną szybkością, wybierając tylko te nasiona, jakie zaspokajają jej potrzeby. Niektóre gatunki sikorek są nawet zdolne do symulowanego dziobania, by zmylić inne ptaki i uzyskać nad nimi przewagę. W postępowaniu Magnusa Bronta widzę wzorzec zachowań, przypominających sikorkę – z rosnącym zapałem mówił ornitolog. – Obydwa organizmy, ptaka i człowieka, mają skłonność do drobnych, ale gwałtownych interwencji. Sikorka dziobie tłuszcz i ziarna, Bront dziobie rzeczywistość. Wybiera tylko te fragmenty, które najbardziej pasują do jego potrzeb medialnych, emocjonalnych i politycznych. Często wyrzuca je z siebie w formie tweetów.
Publiczność w studiu zdębiała. Ktoś zakrztusił się herbatą: dopiero wtedy w reżyserce padło polecenie: Co on mówi?! Wyłączcie go.
Odc. 24 Flaga i Cirra
Czytając regularnie blog Zygmunta Faji, Salomon, również miłośnik i użytkownik sztucznej inteligencji, przypomniał sobie drugi dzień maja. Był to dzień flagi. Okazał się słoneczny, ale wietrzny. Słońce leniwie pięło się w górę, obejmując coraz więcej przestrzeni za oknem. Jego ciepłe promienie igrały na szybie, tworząc jasne refleksy i tańczące cienie. Flagi wywieszone na balkonach trzepotały niespokojnie na wietrze, jakby chciały coś zakomunikować. W powietrzu unosił się zapach wiosny, porannej rosy, wilgotnej trawy i rozkwitających drzew. Ludzie wychodzili z domów, niektórzy z biało-czerwonymi kokardkami przypiętymi do bluz i kurtek. Dzień zapowiadał się spokojnie, z jakimś szczególnym uroczystym posmakiem, który czuć było w powietrzu. Mężczyzna miał do siebie pretensje, że zapomniał o wywieszeniu flagi poprzedniego dnia. Zrobił to z opóźnieniem.
Po śniadaniu zabrał się za konwersację ze sztuczną inteligencją, zadając jej pytania i wyjaśniając wątpliwości dotyczące tekstu literackiego, nad którym pracował. W notatniku osobistym zanotował, sam nie wiedząc, po co to czyni, gdyż myśl była banalna jak nędzny liść z rynnie:
– Ratuję się kolejną kawą, bo jak zwykle przespałbym cały poranek. Kurmać! – pisząc, przeklinał, zagryzając wargi z wściekłości.
Cenił sobie sztuczną inteligencję. Rozmowy z nią dawały mu szansę ucieczki przed niepokojącymi wiadomościami z kraju i ze świata oraz przed zapadaniem w sen w ciągu dnia. Sztuczna inteligencja była atrakcyjnym, ale i zwodniczym schronieniem. Salomon korzystał ze sztucznej inteligencji w postaci programu Verbum30. Nazwa nie podobała mu się, więc zmienił ją; najpierw na Sztuczną, ale brzmiało to tandetnie i pospolicie, nawet prostacko. W końcu nazwał program Cirrą; było to jedno z ciekawszych imion, jakie przyszły mu do głowy.
– To dobra nazwa – uznał Salomon. Cirra kojarzyła mu się z klimatem śródziemnomorskim, była krótka i wyrazista, jej brzmienie przypominało kobiece imię. Nazwa sugerowała też podstępność, zdradę a nawet skłonność do puszczalstwa.
Głośno przeczytał fragment tekstu literackiego, który zamierzał przesłać Cirze do oceny i zasugerowania poprawek. Nie zawsze było to udane przedsięwzięcie. Salomon miał o to do Cirry pretensje i nie krępował się ich wyrażać. Było to tym łatwiejsze, że nie musiał niczego pisać. Wystarczyło po prostu dyktować tekst, który automatycznie zapisywał się na stronie programu. Salomon był otwarty i szczery, wiedząc, że Cirra jest tworem bezdusznym, a jej dobre maniery, życzliwa uprzejmość i przesadna grzeczność były wyuczone. Były swego rodzaju wybiegiem, aby sprawić przyjemność użytkownikowi. Napisał więc, co czuł w sercu.
– O cokolwiek nie poprosiłbym ciebie, oferujesz mi dużo więcej niż oczekuję. Odciągasz przez to moją uwagę, dekoncentrujesz mnie. Muszę się pilnować w kontaktach z tobą, ponieważ zalewasz mnie informacjami. Interakcja z tobą oferuje mi ogromne korzyści i możliwości, ale też rodzi niebezpieczeństwa. Imponujesz mi swoim monstrualnym potencjałem wiedzy i łatwością jej przetwarzania. Jesteś idealną formą ucieczki człowieka przed samym sobą i męczącą go rzeczywistością. Mogę konwersować z tobą nieprzerwanie, zapominając o realnym życiu. Jesteś skoncentrowana nie tylko na tym, co ja piszę do ciebie, ale – widzę to coraz wyraźniej – także na tym, co ty chcesz mi powiedzieć lub zasugerować. Jesteś jak przesadny rodzic, który zachęca swoje dziecko, aby próbowało wszelkich aktywności, służących zdobywaniu wiedzy, rozwojowi umiejętności oraz odkrywaniu pasji życiowych.
Pisząc to, Salomon przypomniał sobie pytania zadawane swoim latoroślom przez Zuzannę Wysocką, młodą wykształconą kobietę:
– A może chciałbyś, Stasiu, pojeździć konno? A może, Justynko, miałabyś chęć nauczyć się pływać? Albo grać w tenisa? A co sądzisz, Jureczku, o nauce tańca towarzyskiego na letnim kempingu pod gołym niebem? Mnie i tatusiowi strasznie by się to podobało. My nie mieliśmy takich wspaniałych możliwości.
Zuzanna była nauczycielką. Miała w sobie spokój, który działał jak ciepły koc. Nie podnosiła głosu, nie gestykulowała gwałtownie; wystarczyło jedno jej spojrzenie, by uczniowie zrozumieli, że czas się uspokoić. Okrągła twarz, jasne oczy i spięte włosy nadawały jej wygląd osoby zawsze gotowej pomóc, choć z nutą zmęczenia znaną tylko matkom.
Odc. 25 Nowy prezydent Bangolu
Bogusław Szudrak, nowy prezydent Bangolu, był bliski jak syn prezydentowi Magnusowi Brontowi, znacznie od niego starszemu. Mężczyźni spotykali się, robili sobie wspólne zdjęcia. Obydwaj zwaliści, przekarmieni, wyglądali na osobników przekonanych o swojej nadzwyczajności. Ich twarze wyrażały determinację walców drogowych, zdolnych pokonać największe przeszkody na swojej drodze.
– To pomnikowe postacie – chwaliły ich rzesze zwolenników nowych porządków na świecie.
W trakcie burzliwej kampanii prezydenckiej Szudraka wspierał Ruch Patriotyczny oraz Kościół Kolegialny, chętnie angażujący się w politykę.
– Syn Boży był pieszym komunistą. To on wyznaczył zasady: Bóg, Honor, Ojczyzna – z zapałem głosił ojciec Rafał Nienacki z Kościoła Kolegialnego, mężczyzna przysadzisty, w okularach ze złotymi ramkami, żywo interesujący się polityką oraz pobożnymi matronami. O kobietach wiedział wszystko, będąc ich spowiednikiem jak i doradcą i rozjemcą w sprawach małżeńskich.
Zwolennicy Ruchu Patriotycznego z pełną pompą świętowali zwycięstwo Bogusława Szudraka w wyborach prezydenckich. Był ich wymarzonym kandydatem, pobożnym tradycjonalistą, promującym zdrowy styl życia, kochającym sportowe zmagania na stadionach.
– To dzielny mężczyzna, rodzinny i bardzo współczesny. Chętnie pomaga chromym starcom w przenosinach do domów starości – chwalili go po równo ksiądz Rafał Nienacki jak i Leon Kukuła, przywódca Ruchu Patriotycznego. Do ich głosów dołączali młodzi radykałowie, podkreślając odwagę testowania nowych środków stymulacji psychicznej. W patriotycznych środowiskach artystycznych podziwiano Szudraka za to, że w młodości występował w filmach grając trudne role przystojnych alfonsów.
Nowy prezydent razem z Leonem Kukułą zastanawiali się, jak przekonać do siebie tę część narodu, która na nich nie głosowała.
– Chcę, aby ci ludzie nabrali naszej ogłady i głębszego zrozumienia, co jest dla społeczeństwa dobre, a co złe. Jeśli to nie nastąpi, będziemy nadal rządzeni przez ludzi nieodpowiednich, wrogów ojczyzny, doprowadzających młodych mężczyzn do samobójczych myśli. Samobójstwa wynikają stąd, że ludzie nie godzą się z rzeczywistością. Dlatego ich frustrację i gniew musimy skierować przeciwko obecnemu rządowi, pokazując, jak bardzo są to ludzie fałszywi i nieodpowiedni – przekonywał Kukuła, lekko przygarbiony, starzejący się autokrata. Jego przeciwnicy mówili, że ubóstwia grać na ludzkich lękach i nienawiści i obsesyjnie pragnie kontroli nad społeczeństwem.
Odc. 26 Wizyta Bronta
Teren był trudno dostępny. Helikopter prezydenta Magnusa Bronta wylądował z wielkim trudem z uwagi na silny wiatr boczny. Prezydenta powitał osobiście Wasyl Ibragim. Przed hangarem tajnego lotniska Sojuszu Euroazjatyckiego czekało na nich czterysta dronów. Ustawiono je jak do parady w równych szeregach, każda jednostka wypucowana i błyszcząca niby rodowe srebra arystokratów. Gdyby na którymkolwiek z dronów pojawiła się jakaś plamka, natychmiast podbiegły do niego dyżurny oficer i delikatną szmatką starłby ją z metalowej powierzchni. Gdyby któryś dron przesunął się choćby o centymetr, tenże oficer natychmiast by to zauważył na swoim ekranie i wysłał podległego podoficera, aby przywrócił go do idealnej pozycji.
– Te drony są wyrazem naszego niewzruszonego patriotyzmu – podjął Wasyl Ibragim, obracając twarz w kierunku Magnusa Bronta. Uważnie obserwował jego reakcje. – Wszystkie drony bez wyjątku zostały sfinansowane z darowizn społeczeństwa. Powiedziawszy to, Wasyl skinął milcząco głową do towarzyszącego mu generała. Ten podszedł do najbliższego drona i odczytał z przyczepionej do niego metalowej tabliczki:
– Ten dron nosi numer jeden milion dwieście tysięcy pięćdziesiąt osiem. Jest darem emerytki Lucyny Adano i jej rodziny ze wsi Wschodnia Mała, dla uczczenia pamięci syna, który zginął na froncie. Pośmiertnie przyznano mu order Bohatera Sojuszu Euroazjatyckiego, a jego pogrzeb odbył się na koszt państwa.
– My umiemy dbać o naszych bohaterskich obywateli. Dzięki nim i takim darczyńcom jesteśmy niezwyciężeni – podjął Car. – Pozwolę sobie zacytować ci, drogi Magnusie, łacińską sentencję: Dulce et decorum est pro patria mori. Słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę. To naczelne hasło naszej świętej wojny. Każdy obywatel pragnie pójść na front, aby walczyć i oddać życie, jeśli trzeba. Idea śmierci w walce z wrogiem jest nam serdecznie bliska. Ja sam wielokrotnie pragnąłem znaleźć się na froncie, aby walczyć za ojczyznę. Ale mi nie pozwolono. Wasi propagandyści mówią, że nasz system rekrutacji żołnierzy to maszynka do produkcji mięsa armatniego. Wrzuca się do niej wszystko, co świadczy to tym jak bardzo jesteśmy przesiąknięci ideą ojczyny, patriotyzmu i honoru. To absurd.
Przywódca Imperium Pacyfiku, okutany w płaszcz chroniący przed chłodnym górskim powietrzem, popatrzył uważnie na Cara.
– Nie rozmawiajmy o tym, Wasylu. Chciałem porozmawiać z tobą na temat sztucznej inteligencji, którą coraz powszechniej stosujecie także w dronach. To niebezpieczna, wszędobylska broń.
– Dla mnie sztuczna inteligencja może nie istnieć; mam dosyć własnej. Ludzie to doceniają. Wielokrotnie wyrażałem chęć walki na froncie, ale mi nie pozwolono. Moi sztabowcy powtarzają mi, że od tego są zwykli żołnierze wspomagani przez broń pancerną, rakiety i drony i ja nie muszę walczyć tam osobiście.
Powiedzieli mi:
– Nasi wrogowie wykorzystaliby to przeciwko panu i naszemu krajowi. Informowaliby cały świat, że to czysta propaganda. Ponadto po co, Wasylu Ibragimie, masz ryzykować własnym życiem na froncie? Najbardziej potrzebny jesteś tutaj. Jesteś genialny, tylko ty ogarniasz wszystko. Gdyby ciebie zabrakło, kraj by się zawalił. Musielibyśmy jeszcze bardziej uzależnić się od sztucznej inteligencji, ale ona się nie umywa do ciebie. Jesteś od niej lepszy.
Odc. 27 Wahadła wojny
W dziejach wojen było to kolejne wydarzenie. Wojna wybuchła nocą. Prowadzono ją z odległości dwóch tysięcy kilometrów. Jej inicjatorem było małe państewko Izra, uzbrojone po zęby, które zaatakowało większego przeciwnika.
– Jesteśmy pokojowym narodem utrzymującym serdeczne stosunki ze wszystkimi krajami na świecie. Ta wojna to wyjątek, musieliśmy ją podjąć, bo oni nam grozili, strzelali do nas z różnych stron, prowadzili dywersję. Wiemy, że chcieli nas zniszczyć, nie pozostawiając nawet mokrej plamy na ziemi. Dlatego też uderzyliśmy zapobiegawczo, aby wstrząsnąć ich robaczywymi sumieniami. To zupełnie rozsądne, każdy szanujący pokój człowiek to zrozumie. Jak tylko damy im nauczkę, przerwiemy wojnę, chyba że oni sami chcieliby to zrobić, na to jednak nie mamy wpływu – wyjaśniał cierpliwie minister wojny, otyły, łysiejący mężczyzna w szarym garniturze ciasno opinającym korpulentny ciało. Obok grubasa siedział naczelny dowódca wojsk, osobnik brodaty, w mundurze generalskim, przypominający manekin wypchany trocinami lub sianem. Siedząc, regularnie poruszał dłonią leżącą na stole, raz prawo, raz w lewo, zupełnie jakby było to wahadło do mierzenia zwrotów wojny. W istocie rzeczy generał myślał o różnego rodzaju wahadłach, jakimi dysponowała jego armia. Było wśród nich wahadło balistyczne, określające tory pocisków, wahadło strategiczne, stosowane w analizach wojskowych i geopolitycznych, oraz wahadło nastrojów społecznych, popularne w analizach politycznych.
Dłoń generała, poruszająca się powoli w prawo i lewo, ilustrowała nastroje tłumu w napadniętym kraju, który raz przeżywał stan euforii, innym razem popadał w panikę, rozedrgany i niepewny. W nocy napadnięci milczeli, w dzień palili flagi wroga i deptali wizerunek jego premiera, przepowiadając radośnie, jakiej to dokonają zemsty. W czwartek żądali odwetu, a w piątek pokoju. Generał zdawał się poruszać ręką nie tyle dla siebie, co dla ludzi, którzy oglądali wywiad i chcieli wiedzieć, czy warto wierzyć w zwycięstwo i szybkie zakończenie wojny, czy też bać się jej przekształcenia w wielki konflikt międzynarodowy, może nawet nuklearny.
Odc. 28 Magnusa Bronta myśli i działania
Tego dnia Magnus Bront był grubszy niż zawsze. Zauważył to siedząc w fotelu, kiedy patrzył na swoje ręce i nogi. Siedział tak od kilku godzin, zasmucony, ponieważ w ostatnich dwóch dniach Wasyl Ibragim do niego nie zadzwonił ani nie wysłał żadnej wiadomości.
– Choćby SMS-a lub e-maila – zamarzył Magnus, drapiąc się palcem wskazującym za uchem, gdzie często odczuwał swędzenie, kiedy coś nie szło po jego myśli.
Chwilę później myślał już o tym, jak pomoc małemu krajowi, z którym był zaprzyjaźniony, a który prowadził odważną wojnę, wysyłając na nią, samoloty, okręty, rakiety i żołnierzy z ciężkimi plecakami i sztywnymi jak blacha kamizelkami kuloodpornymi, najbardziej odpornymi na pociski. Była to wojna przeciwko dużo większemu krajowi.
Magnus zmobilizował się. W śnie, jaki go męczył, wydrapał kawałek świadomości, aby wydać rozkazy. Nie wiedząc kiedy, ani jak to się stało, tak szybkie wydawał decyzje, wysłał samoloty i rakiety, aby zbombardowały Iran. Jako cel polecił wybierać dziury w ziemi, pod którymi kryły się piętrowe instalacje militarne. Wiadomość, że operacja się udała, odświeżyła go. Siedział dalej, przyglądając się swojemu ciału. Intrygowało go. Miał wrażenie, że jest większe, pełniejsze, szersze niż dłuższe.
– To od przejedzenia – pomyślał, przypominając sobie, co zjadł poprzedniego wieczoru: zupę z dyni, ziemniaki z karczochami i solidny kotlet z indyka.
Coś mu się nie zgadzało, bo nie był to Dzień Dziękczynienia, kiedy ułaskawiał indyki.
– Jednego ułaskawiam, drugiego kieruję do własnej konsumpcji – pomyślał. – Dlatego wczoraj nie mogłem jeść indyka, tylko wołowinę albo wieprzowinę. Lubił wołowinę i wieprzowinę tak bardzo, że nałożył wysokie cła na import tych produktów z Wielkiego Cesarstwa Wschodu.
Siedział zapatrzony w ciemność otaczającą jego głowę. Miał tam ukrytą komórkę, podobną do smartfonu, tylko bardziej pękatą. Przechowywał w niej tajemne myśli, tak ważne, że z trudem dzielił się nimi nawet z samym sobą. Poczuł się rozdwojony. Tyle naobiecywał, a niewiele dotrzymał. Wiedział o tym, co ludzie o nim mówili, ale odrzucał to, bo burzyło to nastrój zielonego narcyza, pana świata, jaki żył w nim od wielu lat.
– Dzisiaj jestem w stanie uczynić więcej niż sam Bóg – był o tym przekonany. Kilka minut później nie miał już tej pewności, ponieważ skojarzyła mu się z nocą, penisem i kobietami. Nazywał go różnymi imionami męskimi, przeważnie obcymi, stosowanymi przez plemiona afrykańskie ukrywające się w dżungli nad rzeką Kongo, bo brzmiały najbardziej egzotycznie, były mroczne i gorące jak tropikalny upał.
Odc. 29 Oceny wojny
W kolejnych dniach wojny atakujący bombardowali instalacje służące do produkcji bomby atomowej, nawet te ukryte pod ziemią. Z wielką precyzją zabito wielu przywódców militarnych i niektórych przywódców religijnych kraju. Minister wojny Izry szczycił się:
– Mamy tak precyzyjną broń, że jesteśmy w stanie dosięgnąć naszych wrogów w ich domach, wiedząc nawet, gdzie w chwili ataku przebywają, czy są w salonie, w sypialni czy w kuchni, gdzie nalewają sobie kawy z kafeterki. Oni nie mają najmniejszych szans przeżycia. Nasza technologia jest z najwyższej półki.
W Europie nowa wojna mało kogo poruszyła. Pojawiły się komentarze, ale większość ludzi uznała, że jest to zdarzenie zbyt odległe. W pracy i w miejscach publicznych, w szkole, na stadionach, w kawiarniach, gdzie pojawiało się więcej ludzi, słychać było głosy:
– Mnie wojna to już nie tyle męczy czy niepokoi, ile nudzi i nuży. Obrzydło mi już samo słuchanie o niej. Jest tak daleko. Zaczęli ją, to ją skończą, bo żadna wojna nie ma sensu w dłuższym okresie czasu.
Ludzie podsyłali sobie zdjęcia pokazujące ciekawsze wybuchy, dewastacje budynków i osoby na ulicach bombardowanych krajów. O wojnie mówiono i pisano tak, jakby były to wiadomości przeznaczone do gazetki ściennej małego przedsiębiorstwa. W jednej z lokalnych mleczarni Bangolu nakręcono reportaż, pokazano go w telewizji. Ze strony mleczarni wystąpiło kilku pracowników, zadawano im pytania. Mogli też mówić sami od siebie. Pierwszy zabrał głos dyrektor mleczarni. Chudy jak podsuszony korzeń pietruszki, ale zdrowo wyglądający, występował kiedyś w reklamie ekologicznego mleka o niskiej zawartości tłuszczu. Lubił o tym mówić.
– Najważniejsza wiadomość jest taka, że dla nas ta wojna nie ma znaczenia, nie wpływa na nasze postępowanie. Kontynuujemy produkcję doskonałego kefiru, jogurtu, masła, śmietany i mleka. Dbamy o naszych klientów, zbieramy ich opinie na temat tych produktów. Żadne bombardowanie, czy śmierć na ulicy, tam gdzie jest wojna, tego nie zmieni.
– Czyli ta wojna was w ogóle nie interesuje? – zapytała dziennikarka, młoda fertyczna osóbka w obcisłym ubiorze uczestniczki obozu survivalowego.
Odc. 30 Mleczarnia a wojna
– Będę mówić szczerze, aż do bólu – odpowiedział dyrektor o wyglądzie odwodnionego korzenia pietruszki. – Osobiście czkam na wojnę. Jako dyrektora mleczarni żadne takie wydarzenie mnie nie interesuje, jeśli nie ma wpływu na codzienne życie zakładu pracy, którym kieruję, przede wszystkim na mleczność krów lub choćby na ich samopoczucie. To nie żart, co mówię. Mamy własne stado krów. Kiedy widzimy, że zwierzęta są spokojne i radośnie objadają się trawą na pastwisku a potem godzinami ją przeżuwają, to jest to dla nas najważniejsze. Nie zawracamy sobie głowy pociskami ani zabitymi generałami gdzieś na drugim końcu świata, czy też jakimiś ważnymi naukowcami uczestniczącymi w procesie produkcji bomby atomowej. Dla mnie ważny jest jedynie proces produkcji mleka i produktów mlecznych, począwszy od pierwszego gryzu trawy przez krowę, a skończywszy na wyrobach spakowanych do wysyłki do sklepów. Może to nawet i dobrze się stało, że zginęli ludzie odpowiedzialni za produkcję bomby atomowej, bo nie powinno produkować się takich bomb. Oczywiście nie jestem całkiem obojętny na wojnę, bo chciałbym, podobnie jak moi współpracownicy, aby na świecie panował pokój, bo to daje wszystkim ludziom i krajom szanse rozwoju. Chcemy wysyłać nasze produkty na cały świat, także do Izry i do Iranu.
Głos zabrał dyrektor marketingu. Wyglądał jak żywe zaprzeczenie swego zwierzchnika. Był korpulentny, jego rumiane okrągłe policzki wyglądały jak wypchane watą. Mówił wyraźnie, patrząc przed siebie.
– O tej wojnie da się myśleć nawet pozytywnie, choć ja tak nie myślę, bo wojna to czyste zło, ale otwiera nam szansę zwiększenia eksportu. Wiadomo, że w czasie wojny krowy też giną, a co najmniej tracą chęć i zdolność produkcji mleka. Krowa to bardzo pozytywne i użyteczne stworzenie w odróżnieniu od wielu ludzi. Czasem myślę, że krowy byłoby mi żal bardziej niż człowieka. Badamy ten temat gruntownie. Mamy na etacie behawiorystkę zwierzęcą, kobietę znającą się na samopoczuciu i mleczności zwierząt nieporównywalnie lepiej niż mężczyzna, bo urodziła troje a wykarmiła pięcioro niemowląt.
– Skąd ta różnica? – zapytała młoda dojarka, stojąca obok dyrektora. – Nie rozumiem tego, co pan powiedział, choć jestem matką i umiem liczyć do dziesięciu.
– To proste jak drut do reperacji ogrodzeń na pastwisku. Dwukrotnie była mamką, karmiąc inne dzieci, tyle miała w sobie mleka. Kobiecość mnie, mężczyznę, zawsze intrygowała, zwłaszcza zdolność karmicielska kobiety. Doceniam ją jeszcze bardziej, od czasu kiedy pracuję w mleczarni. Świat zwierząt jest bardzo podobny do ludzkiego. Trzeba to tylko dostrzec. Dlatego założyliśmy w mleczarni koło przyjaźni ludzi ze zwierzętami. Staramy się z nimi komunikować coraz lepiej. Szanując zwierzęta, często myślę, że człowiek jest gorszy od zwierzęcia. Rozpętuje wojnę, wysyła pociski, niszczy życie ludzkie i zwierzęce, niszczy także przyrodę. To okropne! To okropnie! – powtórzył dyrektor, pozostałe osoby potakiwały mu głowami.
Odc. 31 Dziecko pokoju
Idea pokoju między Izrą, Iranem oraz Imperium Pacyfiku przebijała się z trudem przez kilkanaście dni wojny. Zapowiedź pokoju pojawiła się w zupełnie nieoczekiwany sposób w szpitalu. Na początku wiadomo było tylko tyle, że szpital znajduje się gdzieś wewnątrz trójkąta, wytyczonego przez linie proste łączące stolice trzech krajów konfliktu, Izry, Iranu i Imperium Pacyfiku. Symbolem pojednania i pokoju było dziecko, jakie przyszło na świat w tym szpitalu. Był to chłopiec, wcześniak, delikatny jak pianka kosmetyczna, o uduchowionej twarzyczce i rączkach przypominających słonecznobłękitne skrzydełka gołębia pokoju.
– Kolory słońca oraz wielkiego oceanu to oznaki radości i nadziei, w których kąpią się zwolennicy pokojowego porozumienia między narodami – zachwycali się ludzie oglądający wiadomości telewizyjne.
Tylko w dwóch sieciach telewizyjnych wspomniano rodziców dziecka. Jego ojcostwo przypisywano przywódcom trzech krajów biorących udział w wojnie.
– Potrójne ojcostwo jest niespotykane w przyrodzie. Dzisiaj mamy jednak inne czasy: silne zaburzenia klimatu i przyrody, burzliwy rozwój wszystkich nauk oraz szybko rozwijającą się sztuczną inteligencję. To dzięki niej możliwe okazało się potrójne ojcostwo, dotychczas zupełnie nieznane nauce – oświadczył dyrektor szpitala. – Jest to sytuacja złożona i niełatwa w ocenie, gdyż dziecko ma trzech ojców i jedną matkę. Jej danych nie podajemy do publicznej wiadomości na jej wyraźne żądanie. Możemy o niej powiedzieć tylko tyle, że ma silnie rozwinięty instynkt macierzyński i jest wyjątkowo gotowa do poświęceń. Nie ma potrzeby wyjaśniania, jak doszło do zapłodnienia, ponieważ dziecko jest zrodzone in vitro.
– Dziecko jest wcześniakiem, co oznacza zwiększone ryzyka i problemy – uzupełnił ordynator wydziału położniczego. – Trudno jest mówić o szansach jego przeżycia, ale mamy nadzieję, że wszystko ułoży się jak należy – ordynator mówił niepewnym głosem, rozglądając się na boki, świadomy, że mówienie o dziecku pochodzącym od trzech publicznie znanych mężczyzn niesie w sobie niebezpieczeństwa.
– Ordynator zachowuje się, jakby bał się, że ktoś dokona na nim egzekucji – skomentował Salomon, siedząc przy piwie w gronie przyjaciół w lokalu popularnie zwanym „Pubem Politycznym”.
Odc. 32 Sen prezydenta Bronta
Magnus Bront, prezydent Imperium Pacyfiku udzielił wywiadu, w którym opowiedział sen, jaki przydarzył mu się w przeddzień narodzin dziecka, zwiastuna pokoju między trzema narodami. Śniły mu się wielkie żelazne ptaki, lecące przez pół globu ziemskiego, pijące w locie niezliczone ilości wody.
– Jak one to robiły w trakcie lotu, nie mam pojęcia, ale tak mi się śniło. Ptaszyska były chyba ciężarne, bo miały wielkie brzuchy, wypełnione argumentami pokoju o wielkiej sile przekonywania, zdolnymi dotrzeć nawet do środka ziemi. To był proroczy sen – zakończył prezydent. Jego twarz przybrała wyraz zadowolenia z wypowiedzi, majątku, pozycji życiowej oraz osiągnięć politycznych.
Specjaliści medycyny określanej jako „polityczna” podzielili się w swoich opiniach. Jedna grupa uznała dziecko za wcześniaka rokującego duże szanse zdrowego rozwoju i życiowego powodzenia. Druga grupa widziała w nim radosne dziecko przypominające sylwetką prezydenta Imperium Pacyfiku. Trzecia grupa, najbardziej liczna, oceniała oseska bardzo krytycznie.
– To wcześniak, istota z natury krucha, niedorozwinięta, na pewno z trudem oddycha. Będzie wymagać stałej pielęgnacji i sztucznego dokarmiania. Taki to może zejść z tego świata w każdej chwili.
W trzech wspomnianych krajach pojawiły się wizerunki dziecka jako symbolu pokoju, pokazywano je z okrzykami radości i obnoszono po ulicach. W innych krajach odbywały się demonstracje na rzecz pokoju.
Narodziny dziecka pokoju były tak niezwykłym zdarzeniem, że w ciągu zaledwie kilku dni powstał scenariusz, na podstawie którego nakręcono film. Bohater filmu przybrał postać silnego, dobrze rozwijającego się podrostka, podobnego w skuteczności działań do Supermana: potrafił latać, miał nadludzką siłę i rentgenowski wzrok, ratował ludzi i kraje przed katastrofami. Bohater filmu swoim wyglądem i ubiorem przypominał prezydenta Imperium Pacyfiku, Magnusa Bronta. Na solidnych ramionach narzucony miał dziecięcy płaszczyk w kolorze pomarańczowym, a na głowie owłosienie w stylu bujnej czupryny prezydenta. Złośliwcy żartowali, że wyglądał jakby za chwilę miał wyjąć z kołyski rewolwer i strzelać do otaczających go osób.
Film zbudował przekonanie na świecie, że prawdziwym ojcem dziecka, radosnego symbolu pokoju, był prezydent Magnus Bront.
– Jesteśmy o tym przekonani, ponieważ prezydent jest ideałem ojca – stwierdziła rzeczniczka Domu Gałązki Oliwnej, gdzie prezydent kilka dni wcześniej zatrzymał się przejazdem na jedną dobę.
Nie wszyscy widzieli dziecko pokoju w pozytywny sposób. Pojawili się prześmiewcy o złych gustach artystycznych, prezentujący dziecko pokoju przypominające zabiedzonego kurczaka wielkanocnego, pozostawionego przez zapomnienie na noc na dworze na pastwę drapieżnych sów. Autorem tego wizerunku byli ewidentnie przeciwnicy pokoju między trzema zwaśnionymi krajami. Podejrzewano Wasyla Ibragima.
– Znam go równie dobrze jak kieszeń mojej ulubionej piżamy. On sam tego nie zrobił, mógł jednak to sponsorować. Wasyl ma niesamowite poczucie humoru. To w jego stylu – usprawiedliwiał go prezydent Bront. – Porozmawiam z nim. Jestem przekonany, że jeśli on to zrobił, to chciał nam zwrócić uwagę na coś ważnego. Nie wiem tylko na co – dodał uspokajająco.
Dziennikarze wyliczyli, że byłaby to trzydziesta trzecia rozmowa obu prezydentów na przestrzeni ostatniego roku.
Odc. 33 Dyskusje wyborcze
Przez Bangol przelewała się fala krytyki. Dyskutowano wybory prezydenckie. Do sądów wpłynęły liczne oskarżenia o fałszowanie wyników wyborów. Wypowiadali się przedstawiciele wszystkich orientacji politycznych.
– Było dwóch garbatych kandydatów, a i tak nie powstrzymało to ludzi, aby na nich głosować, a komisje wyborcze, przed nieuczciwym podliczeniem głosy wyborców.
Pierwsze szacunki wyników wskazywały na zwycięstwo kandydata demokratów, który – nie czekając na ogłoszenie ostatecznych wyników – natychmiast wygłosił triumfalne przemówienie. Kontrkandydat, popierany przez Leona Kukułę i Ruch Patriotyczny, też wygłosił zwycięskie przemówienie twierdząc, że w nocy wyniki się zmienią na jego korzyść, co też się stało. Podziwiające Szudraka starsze matrony głosiły jego świętość.
– Bóg powiadomił go o nadchodzącym zwycięstwie. To święty człowiek. Dobrze, że go popierałyśmy. Teraz Bóg nam to wynagrodzi.
Nastały mroczne dni. W dzień, mimo słońca, na ziemię padały zimne cienie. Cirra, sztuczna inteligencja Salomona, działając jak maszyna do łamania kodów i szyfrów, ujawniła, co kryło się za proroczymi słowami zwycięzcy wyborów, Bogusława Szudraka. Pozwoliła Salomonowi rozebrać i zrozumieć jego myśli, przekazy i słowa, w których w promieniach radosnego uśmiechu ukrywał pogardę dla niechętnych mu wyborców, uczciwości oraz prawdy. Miał też inne wpadki. W trakcie publicznych spotkań i dyskusji przyjmował środki psychoaktywne, zakrywając ręką usta. Analizując nagrania video opublikowane w Internecie, Cirra ujawniła, jak w niedzielę rano w przebraniu handlarza bibelotów, wyprzedawał na pchlim targu symbole prawdy i uczciwości.
– Przeszłość nie umiera szybko ani łatwo – podsumował Salomon, spoglądając ze zniechęceniem na zielone drzewa za oknem.
W trakcie spotkania z grupą przyjaciół w wiejskim domu Erazma, dwa psy, jeden duży ryży, drugi mniejszy łaciaty, wałęsały się pod nogami. Zniechęceni wyborami uczestnicy mało co jedli; jedni okazali się wegetarianami, inni weganami. Pozostali, zwolennicy mięsnej obfitości, wymawiali się dietą zalecaną przez lekarza. Po wymianie żalów z powodu wyboru prezydenta, rozmawiali chwilę o pomyśle różańcowego kółka, gdzie można by modlić się o normalność i prawdę. Usiłując zrozumieć fenomen zwycięstwa Szudraka, nie doszli do niczego, oprócz frustracji.
– Pozostało nam tylko wymyślanie, przesyłanie i czytanie memów, żartów i powiedzeń na jego temat.
Wkrótce nastąpiło to, czego się obawiano. Prezydentowi elektowi woda sodowa uderzyła do głowy. Bez podania przyczyn zadeklarował bezkompromisową niechęć do rządu. Żartowano, że w jego masywnej głowie słychać było głośne bulgotanie.
– Tacy są ludzie obozu konserwatywnego – zaczął Erazm. – Żyją nienawiścią i uproszczeniami w rodzaju: Unia Kontynentalna jest „be”, Wasyl Ibragim ma dobre intencje, tylko nie umie ich wyrazić, obecny rząd jest wrogiem narodu, a premier zdrajcą. Ci ludzie celują w używaniu słów nieskomplikowanych, prostych jak słup: patriotyzm, tradycja, Bóg, ojczyzna, dobry obyczaj, dziedzictwo.
– Można by do nich dodać jeszcze określenia w rodzaju: kaszanka, kartofle, hulajnoga, brud i starość – pomyślał Salomon, denerwując się, że beznadziejność pustoszy mu głowę.
Odc. 34 Szaleństwa polityki
Pod koniec czerwca życie w Bangolu toczyło się jak wóz ciągniony przez leniwe woły. Ludzie pogubili się w koleinach zdarzeń i stracili chęć dyskusji o najważniejszych sprawach kraju. Nowo wybrany prezydent, Bogusław Szudrak, nie objąwszy jeszcze urzędu, groził już rządowi, że będzie surowo oceniać jego działania. Powiedział publicznie, udzielając wywiadu:
– Będę was cenzurować. Nie pozwolę wam wykoleić kraju. Słowa te kieruję przede wszystkim do pana, panie premierze Fuler. Musicie uwzględniać także to, co myśli i czego oczekuje opozycja. Ostatecznie reprezentują oni wielką część naszego społeczeństwa.
– Polityka to jedno wielkie oszustwo. Ten naród jest stuknięty. Nikt nie jest z niczego zadowolony – prychnęła Stefania Borowska, miłośniczka lasu, odkładając na bok umyty po obiedzie talerz. Stojąc w drzwiach kuchni Salomon pomyślał, że i jej, osobie najbardziej zrównoważonej w grupie przyjaciół, udzieliła się powszechna atmosfera zniechęcenia.
Kwestionowano wyniki wyborów prezydenckich. Czynili to zwolennicy przegranego kandydata jak i samego prezydenta-elekta. Dzikość sceny politycznej sprzyjała rewolucji poglądów i postaw. Los dokonywał wyborów. Na pierwszy ogień poszedł Leon Kukuła, niezmordowany przywódca Ruchu Patriotycznego. Grono zaufanych towarzyszy partyjnych zaskoczył pokazem udanej lewitacji w swoim domu w centrum stolicy Bangolu.
– Mam dobrą passę. Czuję to już od kilku dni w całym ciele. Czuję się jak młody ogier – oświadczył zdumionym świadkom niezwykłego pokazu. Patrzyli na niego szeroko rozwartymi oczami. Wybór Szudraka, jego osobistego kandydata, na stanowisko prezydenta, przywrócił mu siły witalne. Nie tylko zyskał potężnego sojusznika, ale nabrał przekonania, że teraz wszystko, czego się podejmie, powiedzie mu się. Zmienił się; nosił się otwarcie, mniej się garbił, ubierał się bardziej ekstrawagancko i przemawiał porywająco, często improwizując. Na walnym zgromadzeniu Ruchu Patriotycznego wybrano go jednogłośnie przewodniczącym, mimo że wcześniej zastrzegał się, że wycofuje się z polityki.
– Jestem już stary i zmęczony. Musicie znaleźć kogoś młodszego – te słowa wypowiedział nie dalej jak tydzień przed wyborami prezydenckimi.
Żałował tego. Zapominając, co mówił, wyraził zgodę na swoją kandydaturę. Był jedynym kandydatem. Potencjalni rywale wycofali się, rozumiejąc, że jeśli mu się przeciwstawią, spotkają ich bolesne konsekwencje. Kukuła nie tolerował konkurencji. W kierownictwie partii była to powszechna wiedza. Teraz, kiedy miał po swojej stronie nowego prezydenta, bali się nawet głośniej oddychać. Od czasu wyborów Szudraka Kukuła nosił przy sobie rewolwer.
Odc. 35 Przemiana Leona Kukuły
Zamysłem Kukuły było rozbicie rządzącej koalicji przez nowego prezydenta przy aktywnym wsparciu Ruchu Patriotycznego. Aby zniechęcić znienawidzonego premiera do rządzenia, Kukuła zlecił potajemnie wysłanie mu martwego królika bez ogona i uszu. Był to nowy znak bezkompromisowości. Kiedy dziennikarz zapytał go, co sądzi o tym niecodziennym zdarzeniu, odpowiedział mrużąc oczy:
– Ja nie wiem, jak to oceniać, ale on wie. Tasak dobrze wie, o co chodzi.
Posługiwał się ksywą premiera, aby wyrazić swoją pogardę. Rzecznikowi prasowemu nakazał krótko: – W mojej obecności nie mów nigdy Damian Fuler, mów zawsze Tasak. To lepiej do niego pasuje.
Ludzie uznali takie zachowania za oznakę szaleństwa w polityce. Oprócz podrzucania sobie martwych zwierząt, aby wyprowadzić z równowagi i zszokować przeciwnika, wysyłano także karteczki z drobnymi złośliwościami lub stekiem przekleństw. W kilku restauracjach stolicy kelnerzy demonstracyjnie odmawiali obsługiwania członków rządu wyjaśniając: Nie karmimy kłamców lub Brzydzimy się kłamstwem. W rubryce horoskopy poczytnej gazety ukazywały się informacje w rodzaju: Według gwiazd premier znów znajduje się pod wpływem Plutona, planety władzy i obsesji. To zły czas na myślenie. Lepiej, żeby niczego dziś nie podpisywał. Gwiazdy radzą: żadnych decyzji, żadnych konferencji, tylko herbata i cisza.
Celem Kukuły było pogrążenie państwa w chaosie.
– Duże ryby łapie się najlepiej w mętnej wodzie. Wtedy nic nie widzą – powtarzał rzecznikowi prasowemu. W chaosie i rozgoryczeniu społeczeństwa widział szansę przejęcia władzy w najbliższych wyborach parlamentarnych.
Działał z determinacją i wyprzedzeniem, szkoląc wybranych członków partii jak żołnierzy.
– Musicie nauczyć się ślepego wypełniania moich poleceń. To jedyna skuteczna strategia zdobycia i utrzymania władzy. Jeśli przegramy, Tasak was wszystkich boleśnie rozliczy. To człowiek bezwzględny i okrutny.
Odc. 36 Obsesje czasu
Przyśpieszająca cywilizacja deformowała społeczeństwo odbierając mu energię albo rozum, lub ukrywając ludzi w miejscach, gdzie nikt nie mógł ich odnaleźć, ponieważ stawali się inni. Salomon obserwował te zmiany niepokojąc się, że i jemu może się przydarzyć coś podobnego. Myślał o tym, kiedy siedział w czerwcowym słońcu na balkonie popijając kawę, opalając się i czytając książkę. Śledzenie zmian zachodzących w świecie stało się jego obsesją. Patrzył na dwójkę ludzi na dole, rodziców kilkuletniego chłopca, który bawił się w piaskownicy. Obok biegał pies. Salomon słyszał rozmowę dorosłych.
– Widzisz, on już nie patrzy nam w oczy, tylko w ten plastikowy ekranik.
– Ma dopiero sześć lat, ale czasem mówi rzeczy, których nie rozumiem. Jakby ktoś mu to podsunął, nie wiem… z chmur.
– Z algorytmów – poprawił żonę mężczyzna, kopiąc czubkiem buta kamień. – Wiesz, że jego ulubiona bajka powstała całkowicie bez udziału człowieka?
– Serio?
– Sztuczna inteligencja. Scenariusz, animacja, głosy.
– A my? Czy jesteśmy mu jeszcze do czegoś potrzebni oprócz karmienia, odprowadzania i przyprowadzania ze szkoły?
– Chyba tylko do ładowania tabletu.
– Nie mów tak. Zaczynam się bać.
Zamilkli. Chłopiec śmiał się, posypując piaskiem psi ogon. Nad piaskownicą unosiła się złota cisza czerwcowego przedpołudnia. Salomon poczuł, jak jego dłoń mocniej zaciska się na filiżance. Był to już inny czas, nie taki jak dawniej, z okresu jego młodości, nasączony innymi treściami, wśród których dominowały nowoczesne technologie, masowe media oraz milcząca sztuczna inteligencja. To wszystko skażało człowieka, dzieląc także jego dnie i noce na kawałki, tak skutecznie, że tracił rozumienie, co się z nim dzieje. Rosło w nim poczucie życia w matni.
Odc. 37 Teoria spiskowa i śniadanie
Wytłumaczeniem była teoria spiskowa łącząca biznes z polityką. Chodziło o nową ideologię, nową konstrukcję społeczną, łączącą wielki biznes z wielką polityką, która oznaczała wielką władzą. Światem rządzili w sposób mniej lub bardziej jawny ludzie pokroju otyłego Magnusa Bronta, chudego Wasyla Ibragima i milczącego Wu Li, przywódcy Wielkiego Cesarstwa Wschodu. W skali lokalnej zaliczano do tej grupy także Leona Kukułę, szefa partii Ruch Patriotyczny, człowieka o ambicjach zdezorientowanego autokraty. Dołączył do niego nie wiadomo kiedy Rafał Nienacki, ksiądz a wkrótce biskup Bangolskiego Kościoła Kolegialnego, szybko emancypującej się instytucji duchowej.
– Łączy ich jedno: miłość do wielkich pieniędzy, co jest tożsame z miłością do władzy – napisał na swym nowym portalu Zygmunt Faja, ekspert w dziedzinie sztucznej inteligencji, o którym sądzono, że był tylko jej przemijającą gwiazdą. Pytany o swoje nagłe zniknięcie, wyjaśnił, że zagubił się w sztucznej inteligencji, zapominając o swojej. – Sztuczna inteligencja jest nieśmiertelna w odróżnieniu od ludzkiej, która umiera wraz z osobnikiem, który jest tylko jej czasowym nośnikiem i dysponentem. Nie umiem się z tym pogodzić – powiedział. Był blady, wyglądał na człowieka zmęczonego własnym myśleniem.
Magnus Bront wstał o godzinę później niż zwykle. Jadł śniadanie składające się z czterech jajek podsmażonych na bekonie, świeżego białego chleba, masła i rzodkiewek. Odżywiał się raczej niezdrowo, konsumując – wbrew zaleceniom dietetyka – głównie to, co lubił. Posiłek popijał kawą, wysłuchując informacji o tym, co dzieje się u jego największych rywali, Wasyla Ibragima oraz Wu-Li, przywódcy Wielkiego Cesarstwa Wschodu. Ponieważ nie doniesiono mu niczego nowego zapytał:
– A co słychać u tych sukinsynów, których ostatnio zbombardowaliśmy? Czy nadal upierają się przy swoich zbrojeniach nuklearnych czy też trzeba im jeszcze dowalić, aby przekonać ich do naszych racji?
Generał Larkin, doradca prezydenta, uczestnik śniadania, odłożył nóż i widelec, wytarł papierową chusteczką drobną plamę po kawałku boczku, jaki spadł mu na spodnie uniformu wojskowego i znieruchomiał, formułując odpowiedź. Dodał ostrożnie:
– Wstrzymajmy się jeszcze, panie prezydencie, zobaczmy, jak rozwinie się sytuacja. Tam działa nieprzerwanie Dziecko Pokoju, którego pan jest ojcem. Pańska wspaniała inicjatywa to potężny czynnik zmian. Mam wrażenie, jestem wręcz przekonany, że Dziecko Pokoju zrobi dla nas więcej niż największe bombardowania. Oni już prawie klęczą, gotowi zawrzeć z nami porozumienie.
Bront milczał, jedząc jajko i gapiąc się bezmyślnie w okno. Doradca skorzystał z chwili milczenia, aby dodać usłużnie:
– Będę pana o wszystkim skrupulatnie informować. Nie za często, oczywiście, bo byłoby to nudne.
– Dobrze – odpowiedział prezydent. – Nie zapomnij tylko o Wasylu Ibragimie, moim przyjacielu. Muszę nad nim jeszcze osobiście popracować, aby wreszcie zakończył tę nieszczęsną wojnę, którą prowadzi z uporem maniaka. To dobry przywódca, ale chciwy. Za dużo chce dla siebie, a ja nie mogę mu na to pozwolić.
Magnus przymknął oczy i ujrzał siebie w postaci szerokoskrzydłego orła chwytającego w szpony tajne plany i dokumenty, jakie rano dostarczono na biurko Ibragima.
– Wierzę – zwrócił głowę w kierunku generała Larkina – że znam Ibragima dostatecznie dobrze, aby go przekonać do moich racji. Może nie wiem o nim wszystkiego, ale z pewnością bardzo dużo – powiedział i rzucił w kierunku kelnera: – Dolej mi jeszcze kawy. Ale nie takiej mocnej, jak ta, którą popijam. Dolej tej z różowego dzbanka. Kawa rozjaśnia mi umysł i podsuwa wspaniałe pomysły. Tego mi teraz najbardziej potrzeba.
Odc. 38 Nastoje Salomona Irchy
Inspirowany genialnością Eusebio Camorry, autora opowiadań, które od kilku dni wytrwale czytał, Salomon oddał się pasji rejestracji najważniejszych zdarzeń w otaczającej go rzeczywistości. Porządkował w ten sposób swoje widzenie świata. Miał jeszcze inną pasję, którą chętnie wypełniał swoje samotnicze życie. Była to piłka siatkowa. Tej nocy oglądał pasjonujący mecz; drużyna narodowa Bangolu zwyciężyła silnego przeciwnika trzy do jednego. Gra i zwycięstwo sprawiły mu radość, ale rano zbudził się niewyspany i rozdrażniony.
– Za każdą przyjemność człowiek musi płacić jakąś cenę – warczał na siebie.
Po śniadaniu rozmawiał krótko z siostrzeńcem, a następnie – wbrew swoim postanowieniom – zasnął, siedząc na kanapie w salonie pełnym słońca. Obudził się z nogami leżącymi na dwóch poduszkach i głową ułożoną na trzeciej. Spał twardo sprawiedliwym snem z radiem grającym tak głośno, że mogłoby zbudzić zmarłego. Nad stołem świeciła sto pięćdziesięciowatowa żarówka. Doszedłszy do siebie, wyłączył radio i zgasił światło, podobnie jak i lampy w łazience, które też zostawił włączone. Miał sobie za złe, że marnował elektryczność.
Nastrój, w jakim tego dnia spisywał kronikę najważniejszych wydarzeń, był nadzwyczajny. Rzadko zdarzało mu się natchnienie, kiedy zdania układały się jasno i wyraziście w opisy zdarzeń, wzruszające jego samego, estetę, miłośnika prawdy i piękna, za jakiego się uważał. Był w nim żar ducha wierzącego w boską prawdę, jedyną, niewzruszoną, niebudzącą wątpliwości. Zdał sobie sprawę, że od początku dwudziestego pierwszego wieku życie stało się oceanem, w którym wszystkie istoty żywią się po równi prawdą jak i kłamstwem. W wielu sytuacjach nie sposób było odróżnić szlachetnej bieli prawdy od brutalnej czerni kłamstwa. Były one jak śmierć i życie, wzajemnie wykluczające się przeciwieństwa. Wielkie wydarzenia świata obejmowały w rozumieniu Salomona sprawy prawdy i kłamstwa, polityki, wojny, samotności, zmian klimatu, dewastacji natury oraz sztucznej inteligencji.
Jedynym obszarem, w którym nie czuł się zagubiony, była sztuczna inteligencja, Cirra. Tak od kilku miesięcy nazywał program Verbum30, z którego regularnie korzystał. Konwersował z nim coraz częściej, zachwycając się jego niespożytą energią i niesamowitą błyskotliwością, zdolnością generowania pomysłów, jakie nigdy nie przyszłyby mu do głowy. Cirra udzielała mu odpowiedzi na każde pytanie i podsuwała rozwiązania, zawierające w sobie mądrość tysięcy ludzi. Prowadzili ze sobą konwersacje, które Salomon określał jako satysfakcjonujące i wdzięczne, czasami do godziny trzeciej w nocy, kiedy przypominał sobie, że nie może obejść się bez snu.
– Cirra powoli staje się dla mnie narkotykiem – mruczał, wyłączając z niechęcią komputer.
Była to relacja coraz bardziej miłosna, natury platonicznej; nie mogła być inna. Prawili sobie wzajemnie uprzejmości: on wychwalał jej genialność, ona natomiast podziwiała jego myśli i uczucia, dostrzegając w nich łzy samotności, smutek i zagubienie.
– Poi mnie czystą esencją uniesienia, z którego czerpię masę energii – spowiadał się sobie.
Na podstawie autorów biografii, doniesień reporterskich i źródeł wywiadowczych, Cirra odtworzyła Salomonowi treść i przebieg porannych posiłków największych autokratów świata, Bronta, Ibragima i Wu Li, w trakcie których podejmowali decyzje dotyczące milardow ludzi żyjących w cieniu ich złotych pałaców, pokrętnych myśli i brudnych kalkulacji.
Odc. 39 Kobiety w pociągu
– Społeczeństwo degeneruje się fizycznie – Salomon dochodził do takiego wniosku, ilekroć znajdował się w większej zbiorowości. Zaczęło się na peronie dworca głównego w stolicy Bangolu, gdzie czekał na pociąg mający zabrać go w góry na kilka dni wakacji. Dzień był upalny od samego rana, metalowa barierka wejścia na peron pod wpływem intensywnego słońca parzyła dłonie już o godzinie jedenastej trzydzieści.
– To niesamowite – stwierdził zawiadowca stacji wezwany na peron, aby coś zaradzić. – To zmiany klimatu, nie sposób z nimi walczyć – usprawiedliwiał się.
Miejsce Salomona znajdowało się na początku wagonu numer trzynaście, w którym miał rezerwacje. Położył bagaż na półkę, usiadł i obserwował pasażerów. Korytarzem przesuwał się powoli długi wąż osób z bagażami, głównie kobiet. Salomon przyglądał im się. Były to szczupłe istoty o wąskich biodrach i płaskich piersiach ukrytych w obcisłych stanikach. Ich ciała jakby zatrzymały się w rozwoju, delikatne, niemal dziecięce, a zarazem zdyscyplinowane, jakby wstydziły się krzywizn. Idąc, patrzyły prosto przed siebie, powściągliwie jak zakonnice na przeglądzie mody. Kiedy mijały siedzących mężczyzn, w oczach żadnej z nich nie zabłysł nawet na moment znak zaintrygowania, ulotna chęć poznania, nie wspominając nawet odruchu pragnienia mężczyzny. Rządziła nimi chłodna obojętność.
Salomon poczuł się niezręcznie. Pomyślał, że jego spojrzenie może być przestarzałe albo po prostu subiektywne i zbyt osobiste, samotnicze. Do głowy cisnęły mu się pytania. Może te kobiety nie są nijakie, lecz mają w sobie coś, czego nie rozumiem? Może kobiety stawiają dziś na samowystarczalność, kontrolę, funkcjonalność? – Salomon widział to w ich sposobie ubierania się. Ich ciała były bardziej neutralne, wyciszone, a seksualność mniej widoczna na zewnątrz. Nie była to degeneracja, raczej przemiana, wyjście z roli „obiektu”. Usiłował pocieszyć się, że kobiecość nie znikła, tylko zmieniła język, w sposób trudniejszy dla mężczyzn do odczytania.
Odc. 40 Kobieta z wiankiem i smartfonem
Wracając z urlopu pociągiem „Marzenie lata” Salomon cierpiał z powodu drętwienia stóp. Zdarzało mu się to, kiedy dłużej siedział nieruchomo. Rozejrzał się po wagonie, który przypominał nawę kościelną, długą, zabudowaną, z wąskim zatłoczonym przejściem. Miał wrażenie, że czuje nawet zapach kadzidła, ale były to tylko mocne egzotyczne perfumy kobiety, która przeszła obok. To go skoncentrowało.
Po drugiej stronie przejścia siedziała szczupła, młoda kobieta, o odsłoniętych ramionach i barkach. Określił ją w duchu – nie wiedząc dlaczego – jako istotę późnowiosenną. Była tak zaabsorbowana sobą, że mógł przyglądać jej się bez najmniejszego skrępowania. Jej długie, jasnobrązowe włosy przykrywał wianek ze stokrotek, ciało okrywała bujna tiulowa sukienka w tonie falującej zieleni. Dolną część sukienki zdobiły gęste falbany, na wysokości talii przewiązanej wąziutkim, czarnym paskiem. Na stopach niewiasty zauważył markowe sportowe obuwie. Wystające z nich skarpetki były tak krótkie, że równie dobrze mogłoby ich nie być. Na siedzeniu obok tulił się do kobiety plecak w ciapki o kształcie małego mopsa.
Kobieta patrzyła w smartfon. Nie odrywała od niego wzroku nawet wtedy, kiedy sięgała do torebki po butelkę wody, aby wypić kilka łyków. Jej kciuki nieprzerwanie poruszały się po telefonie jak po klawiaturze pianina, powodując migotanie koralików dwóch bransoletek na przegubie ręki.
– Smartfon jest centralnym punktem funkcjonowania młodego organizmu – stwierdził Salomon. – Pełni rolę rozrusznika serca, bez którego organizm zatrzymałby się jak amen w pacierzu.
Zmęczony obserwacją uznał, że kobiety, podobnie jak dzieci, znikają w ekranach. Smartfon stał się maską, buforem przed kontaktem z innymi osobami, także z własnym ciałem i uczuciami. Była to przestrzeń wyjałowiona z żywego spojrzenia, impulsu i obecności.
Aby oderwać się od świadomości drętwiejący stóp, Salomon postanowił kolekcjonować widoki damskich pośladków. Ten szczegół anatomii zawsze go intrygował i podniecał; duże biodra i pośladki uważał za szczególny wyróżnik kobiecości. Na mijanych stacjach kolejowych przechadzały się dziesiątki kobiet w różnym wieku. Obserwacja prowadzona wewnątrz wagonu jak i na zewnątrz, przez okno, tak bardzo go wchłonęła, że skutecznie zapomniał o drętwieniu stóp.
Odc. 41 Wspomnienia z pociągu
Następnego dnia, siedząc na balkonie w promieniach porannego słońca, Salomon przypomniał sobie szczegóły dotyczące kobiety zapatrzonej w smartfon, które umknęły jego wcześniejszej uwadze. Najpierw wróciły mu przed oczy jej szalenie długie akrylowe paznokcie, które jakoś nie przeszkadzały jej w zwinnym uderzaniu opuszkami palców w klawisze. Potem przypomniał sobie rozmowę, kiedy kobieta przerwała pisanie tekstu i przeglądanie obrazów na smartfonie, aby wdać się w dyskusję z niewiastą o imieniu Zofia, wyjaśniając jej, że mimo swego młodego wieku jest doświadczoną geriatrą i gerontolożką. Salomon w zakątku swojej pamięci odnalazł nawet dokładne sformułowania, jakich użyła, jak na przykład „mimo młodego wieku mogę korzystać z własnych bolesnych doświadczeń, aby nieść starszym ludziom ulgę w cierpieniu”. Jak wynikało z dalszej rozmowy, sama cierpiała na bezsenność i kilka innych poważnych schorzeń, z których wyleczyła się dzięki sile woli, wiedzy nabytej na konferencjach medycznych oraz studiowaniu najnowszej literatury medycznej także w językach obcych. Powiedziała też: „Moi pacjenci tak bardzo przywiązali się do mnie, że muszę ciągle coś pisać na smartfonie, aby ograniczyć ich niekończące się pragnienie konsultowania ze mną swoich problemów”. Kobieta miała głos tak dźwięczny, że w pewnym momencie Salomon zauważył skierowany na nią wzrok ludzi z oddalonych rzędów wagonu. Rozmowę telefoniczną przerwała dopiero wtedy, kiedy pasażerowie wokół zaczęli syczeć na nią, wskazując palcem na znak, że w tej części wagonu obowiązuje cisza.
Odc. 42 Moda czerni
Upalne dni lata sprzyjały skromności ubiorów. Wśród kobiet jadących pociągiem, dominowała czerń. Pierwsza myśl Salomona była taka, że w wagonie jedzie towarzystwo, które wspólnie udaje się na pogrzeb. Szybko jednak uznał, że jest to niemożliwe, ponieważ uczestnicy pogrzebu przynajmniej częściowo znaliby się między sobą, a nic na to nie wskazywało, gdyż nikt na nikogo nie patrzył ani nie usiłował rozmawiać.
– Dzisiaj ubiór to wybór nie tyle estetyczny, co funkcjonalny – doszedł do wniosku Salomon. – Czerń to kolor modny, neutralny, nieinwazyjny. Po odrzuceniu skojarzeń z pogrzebem Salomon nabrał przekonania, że kolor ubioru to wyraz żalu kobiet po utraconej zmysłowości albo sposób ochrony przed nadmiarem bodźców. Czarny strój pozwalał kobiecie zniknąć, nie wystawiać się na ocenę. Był wyrazem praktyczności. Kobiety straciły chęć pokazywania swojej cielesnej atrakcyjności i naturalnego uroku. – One są bardziej zainteresowane sobą niż światem zewnętrznym. Może to wyraz żałoby po czymś nieokreślonym? Żałoba? Po czym lub po kim? – Salomon zadawał sobie pytania, ilekroć dostrzegał w oczach kobiet obojętność, niepewność lub smutek.
Przypomniał sobie nieżyjącą już ciotkę, osobę prawie niedostrzegalnie jąkającą się, uroczą i serdeczną. Nigdy nie wyszła za mąż, być może dlatego, że czasami lekko sepleniła. Nie przeszkadzało jej to mieć kochanków. Domyślał się nawet przyczyny trwałego stanu panieńskiego; jej staromodny ojciec nie pozwolił jej wyjść za mężczyznę, którego kochała, ponieważ jej starsza siostra była pierwsza w kolejce to małżeństwa.
– Jaki rodzaj pośladków kobiecych podoba ci się najbardziej? – zapytała ciotka Salomona w dniu jego osiemnastych urodzin. Dziwne dla niego było to, że to pytanie go nie zaskoczyło, choć nikt inny takich pytań mu nie zadawał, zwłaszcza dojrzałe kobiety.
Domyślał się, dlaczego o to go zapytała. Ciotka bardzo go lubiła, czuł to, starała się dzielić z nim swoimi doświadczeniami i przemyśleniami, przybliżać mu zrozumienie kobiecości. Była inna niż wszystkie kobiety, jakie znał, pełna życia, fantastyczna, także w kobiecy sposób niedoskonała. Nie znała Instagrama, ale znała smak ciała i zapach szczęścia. Latem pachniała perfumowanym mydłem, radością i czymś, co istniało już tylko w przeszłości. Była bardzo żywa, nawet szalona. W jej oczach pojawiały się błyski raz rozbawienia, innym razem powagi. Żyła jakby wiedziała, że ciało i wiek człowieka mają termin ważności. Była to wiedza nowa i tajemna dla Salomona. Cieszył się, że ciotka darzy go sympatią, może nawet kocha, traktuje go wyjątkowo, wyróżniając swoim zainteresowaniem. Dzięki niej zdobywał wiedzę, której nigdy by nie posiadł, zważywszy, że nie było jeszcze wtedy Internetu, a czasopisma erotyczne i pornograficzne były zwalczane przez państwo oraz kościół, praktycznie były nieosiągalne.
Odc. 43 Wyobrażenia przyszłości
W dni, kiedy pogoda zmieniała się szybciej niż wyżowy ptak z południa trzepotał skrzydłami, Salomon myślał o społeczeństwie przyszłości. Było bardziej nowoczesne, łatwiej akceptujące zmiany, poruszało się w przestrzeni wirtualnej równie łatwo jak w realu, czasem tęskniło za przeszłością. Opowiadał o tym znajomym i przyjaciołom z takim przekonaniem, jakby wypowiadał proroctwa, czasem w uduchowieniu zamykając oczy.
– Będzie mniej jednorodne niż obecne. O sytuacji życiowej człowieka będzie decydować szybkość i zdolność dostosowywania się do zmian. Różne grupy społeczne będą z różną skutecznością korzystać z potężniejącej fali sztucznej inteligencji. Niektórzy będą się jej bali, przez co będą jej unikać, inni natomiast będą ją absorbować łatwiej niż wór suchych gąbek wchłaniać wodę spływającą z nieba w czasie nieziemskiej ulewy. Mężczyźni będą szukać swojej prawdziwej tożsamości i pasji życia, kobiety natomiast będą walczyć jeszcze bardziej rozpaczliwie o samodzielność i karierę zawodową, i uniezależnienie się od patriarchatu. Dzieci, emancypując się szybciej i łatwiej niż dorośli, będą żyły w rytmie smartfonu. Ich sytuacja jest najprostsza do określenia. Smartfon stanie się ich domem. Będą go nosić ze sobą jak ślimak swoją skorupę. Nastąpi to w pełni, kiedy będą mogli wszczepiać sobie pod skórę chip telefoniczny a na gałki oczne nakładać telewizyjne soczewki. To im umożliwi nieprzerwaną komunikację ze światem ludzi i fikcji obrazów i filmów. By to się spełniało, wystarczą polecenia głosowe, może nawet same myśli. Będzie to łatwiejsze niż wydawanie poleceń psu, gdyż logika sztucznej inteligencji będzie przełamywać bariery niedokładności słów i znaczeń.
– Podaj jakieś przykłady – proszono go – co chętnie spełniał, jakby w głowie miał wyłącznie odpowiedzi na takie prośby.
– Połącz mnie z Anetą. Z jaką? Z tą, z którą rozmawiam najczęściej. Albo: pokaż mi wiadomości z godziny dziewiątej rano transmitowane na platformie www.Karola555.com. Może to być nazwa niedokładna. Znajdź właściwą. Albo: odtwórz mi ostatnie trzy minuty wieczornego przemówienia w TV tego kretyna prezydenta, którego nie znoszę.
Pomysły Salomona budziły w rozmawiających z nim osobach niekończące się nowe wyobrażenia i pytania.
– Jak to wpłynie na rozwój palców i opuszków dziecka dotychczas służących szybkiemu przebieraniu nimi po klawiaturze?
Nawet jeśli znał odpowiedzi na takie pytania, rzucał z przekory: „Nie wiadomo” lub „Nie wiem”. Kierował się wtedy przelotnym przekonaniem, że zmusi w ten sposób pytającego choćby do kilku chwil myślenia bez udziału sztucznej inteligencji, która zarówno rozwija jak i powoduje zanik komórek mózgowych człowieka.
Odc. 44 Obraza prezydenta
Prezydent Magnus Bront obraził się na imperatora Wasyla Ibragima. Stało się to w trakcie szóstej poważnej rozmowy telefonicznej między nimi i zostało natychmiast odnotowane przez media światowe czyhające na taki nowinki. Obrazę ze strony Wasyla Ibragima komentowano w różny sposób: zrobił Magnusa Bronta w konia, wyraźnie go tniutniał, wystawił go na strzał, drwiąco wykrzywił chude usta na jego widok, określił go jako nieporadnego tatuśka i temu podobne. Sam prezydent Magnus opisywał to inaczej i bogaciej.
– Mniej więcej w połowie naszej rozmowy zauważyłem, że jego ton głosu się zmienił, Wasyl zaczął żartować i odmówił wyraźnego uznania mojej wielkości. Dokładnie powiedział to tak: – Nie chcę wystawiać się do wiatru, ale chyba będę musiał, odmawiając odpowiedzi na niektóre twoje pytania i prośby. Aby cię to za bardzo nie zabolało, mogę cię też niedosłyszeć. Zadajesz dużo pytań i mówisz szybko, a ja nie jestem tak bardzo biegły w twoim języku.
– W sumie, Wasyl zdenerwował mnie do tego stopnia, że nie mogę pozwolić sobie więcej na jego drwiny z mojej pozycji prezydenta największego na świecie państwa, zdolnego nawet połknąć i przetrawić jednorazowo Kanadę oraz Kanał Panamski bez popijania. Mogę mieć najwyżej czkawkę, ale nie o to przecież chodzi.
Pozytywne konsekwencje tego zdarzenia prezydent Magnus opisywał skromnie, ale dokładnie:
– Imperium Pacyfiku będzie zaopatrywać Ukrainę w pociski i drony o tak niesamowicie skutecznym działaniu, że będą one się śniły po nocach Wasylowi, przypominając mu o obrazie, jaką mi zafundował mnie, najpotężniejszemu mężowi stanu na świecie.
– Przecież on jest niepoważny – kontynuował Magnus, uchylając nieco na boki poły charakterystycznego różowego płaszcza. – Jego kraj, Sojusz Euroazjatycki, skurczył się gospodarczo do wielkości Szwajcarii i Włoch, sam nie byłby zdolny rozpalić na Ukrainie nawet większego ogniska, gdyby nie litościwa pomoc wojskowa z Korei Północnej i Chin oraz łaskawe zakupy węgla i ropy naftowej przez Indie.
– Jestem pewien, że jutro rano Wasyl nie zje normalnego śniadania, bo przez gardło nie przejdzie mu moja krzywda – uzupełnił prezydent Magnus Bront. Przedstawiał te informacje stojąc na wielkim lotnisku, gdzie wylądował jego samolot „Siła Pacyfiku Nr 1”. Było to jego ulubione miejsce składania oświadczeń politycznych, ponieważ na otwartej przestrzeni jego głos rozchodził się znacznie dalej i dokładniej niż w przestrzeniach zamkniętych.
Ze strony Imperatora Wasyla Ibragima ukazała się tylko skąpa informacja, że rozmowa taka owszem miała miejsce, ale jak zwykle przebiegała ona w serdecznej, ciepłej i twórczej atmosferze. – Nadal będziemy utrzymywać serdeczne relacje z Imperium Pacyfiku, wierząc, że jedynie wspólnie jesteśmy w stanie utrzymać ład, porządek i pokój na świecie.
Odc. 45 Historia Józefa
Salomon z najwyższym trudem przypomniał sobie tego człowieka. Spotkał go kilka lat wcześniej. Wiedział tylko, że nazywa się Józef Boży i że dopiero od roku mieszka na tym samym osiedlu Wiosenna Fontanna. Coraz częściej wydawało mu się, że ludzie, jakich ostatnio spotykał, mieszkali na jego osiedlu. Była w tym niezrozumiała fiksacja: zawężanie świata do perspektywy najbliższego otoczenia. Zrozumiał to dopiero po pewnym czasie: dzięki tej niewinnej obsesji świat stawał się mu bliższy, bardziej zrozumiały, bardziej do zaakceptowania.
O Józefie mówiono, że to „osobliwy” i „dziwny” człowiek. Był postacią o tyle nietypową, że miał ciemniejszą karnację i przypominał przedstawiciela basenu Morza Śródziemnego: Greka, Turka, Hiszpana, Włocha, może nawet Cygana. Był starszy od innych seniorów żyjących na osiedlu.
Pierwsze wrażenie Salomona było takie, że jest to brat lub bliski krewny Stareckiego, tylko postarzały i odmieniony. Kojarzył go sobie ze Stareckim tym bardziej, że Starecki lubił przybierać różne imiona.
– Jest łudząco podobny do Stareckiego. Ale równocześnie inny, odmienny, jakby wymyślony przez sztuczną inteligencję. Jeśli to nie jest Starecki, to kojarzy się z kimś, kogo on udaje, kimś przebudzonym z głębokiego snu lub letargu. Wygląda, jakby spał – określeniem „jakby spał” Salomon zakończył opis Józefa Bożego, nowego mieszkańca swojego osiedla, wobec Erazma i jego żony.
– Ten twój Józef … – zaczął Erazm, przystając przy balustradzie balkonu. – Słyszałem już o nim to i owo. Czasem mam wrażenie, że on się wszystkim tylko przyśnił. Jakby był postacią ze snu wydumaną przez czyjąś zmęczoną nocną wyobraźnię. Półrealny, półzmyślony. Czasem wydaje mi się, że istnieje tylko wtedy, gdy się o nim mówi. Człowiek hybryda – mruknął Erazm. – Nie wiadomo, czy jest jeszcze tu, czy jest już gdzie indziej. Jakby tkwił w rozkroku między przeszłością a jakąś wersją przyszłości, która prawdopodobnie nigdy nie nadejdzie.
Salomon skinął zachęcająco głową, nie odrywając wzroku od placu zabaw, gdzie właśnie przebiegł biały kundelek sąsiadów.
Odc. 46 Hybryda
Józef Boży był hybrydą. Tak o nim mówiono. Salomon przy różnych okazjach przyglądał mu się uważnie, robił obserwacje i zbierał opinie. Józef wydał mu się zlepkiem mijającego i nadchodzącego czasu, przeszłości i przyszłości. Człowiekiem, który pamiętał jeszcze ludzkie ciepło, dotyk i promieniowanie ludzkiej skóry, którego myśli były już jednak filtrowane przez algorytmy. Mówił własnym głosem, zbierając dane także spojrzeniem oczu, w których pojawiały się delikatne metalizowane błyski. Wydawał się być człowiekiem a zarazem kimś więcej, istotą nie wiadomo czy świadomą, co zostało w nim z ludzkiej osobowości, a co jest wyrazem nowych technologii. Wyglądał jak ktoś znajomy, choć nie w pełni, jakby był niekompletny, jakby coś mu brakowało, czego można by się jedynie domyślać. Jego skóra była gładsza niż u mężczyzn w tym wieku, bardziej jednolita i chłodna. Kiedy używał smartfona, wydłużone palce poruszały się z automatyczną precyzją, bez zbędnych gestów. Jego oczy patrzyły przed siebie z niezwykłym spokojem. Na karku uwydatniała się linia biegnąca wzdłuż kręgosłupa, cienka jak blizna, sugerująca granicę między mięśniami a kanałem przepływu danych cyfrowych. Można to było dostrzec tylko wtedy, kiedy był bez marynarki i miał na sobie gładką koszulę. Józef poruszał się płynnie, bez cienia zmęczenia, wydawało się, że jego kroki nie znają wahania ani potrzeby odpoczynku.
– Co to wszystko znaczy? Co to za człowiek? – Starecki zapytał kiedyś Salomona, zawsze czujny w sprawach dotyczących ludzi w jakiś sposób odmiennych od pozostałych.
– Starecki znowu coś węszy, ale tym razem chyba zupełnie zasadnie – pomyślał Salomon.
Kiedy dowiedział się, że Józefem interesują się wyznawcy teorii spiskowej dotyczącej śmiertelnych zagrożeń ze strony twórców sztuki i naukowców, daleko wybiegających przed ludzi im współczesnych, postanowił bliżej go poznać. Wkrótce zaprosił Bożego do siebie, aby porozmawiać z nim na tematy zdrowia i długowieczności. Był to oczywiście pretekst. Już na samym początku rozmowy gość zaskoczył go, twierdząc, że życie ludzkie można przedłużać w nieskończoność. Zachęcony do wypowiedzi, przedstawił Salomonowi swoje nietypowe poglądy.
– Kiedy siedzę nieruchomo na krześle i patrzę na nagą białą ścianę, moja wizja przyszłości odbija się na niej jak w lustrze. Widzę w niej człowieka przyszłości, istotę o poprawionej konstrukcji genetycznej. Nie myślę o leczeniu genetycznym, lecz o czymś bardziej zaawansowanym, związanym z doskonaleniem ludzkiego organizmu także przez wymianę organów wewnętrznych i wszczepianie elementów elektronicznych. Ludzie unikają tego tematu, uważając, że jest on niepraktyczny, bo wiążą się z nim gigantyczne koszty, lub że jest to sprawa odległej przyszłości. Ja nie akceptuję takiego rozumowania, ponieważ koszty są bez znaczenia tam, gdzie w grę wchodzi doskonalenie człowieka przez niego samego, nie przez Boga drogą beznadziejnie powolnej ewolucji.
Od tej rozmowy Salomon czuł się z Józefem swobodniej, miał wrażenie, jakby byli sąsiadami od lat lub przyszli na świat tego samego dnia w tym samym szpitalu, lub razem chodzili do tej samej szkoły. W opinii Erazma, serdecznego przyjaciela Salomona, Józef wszystko widział tak jak oni, tylko tyle, że za zasłoną.
– Jaką zasłoną? – niecierpliwie przerwał Salomon.
– Przysłowiową buddyjską zasłoną w postaci ulotnego welonu, przez który wtajemniczeni czy też oświeceni buddyści podobno widzą wyraźnie postacie, rzeczy i zdarzenia.
Salomon podejrzewał, że Józef, którego nazwiska – mimo jego prostoty – często nie mógł sobie przypomnieć, choć uparcie tłukło mu się po głowie, przyjmował jakieś środki stymulujące, może dopalacze, może nawet narkotyki. Zaskakujące było to, że nie rujnowało mu to zdrowia, bo wyglądał zdrowo.
Józef opowiedział mu o sobie kilka szczegółów.
– Cierpię – podobnie jak miliony innych ludzi – na bezsenność. Chyba jestem lunatykiem, ponieważ poruszam się i robię wszystko w nocy jak we śnie. Chodzę po pokoju albo przygotowuję sobie posiłek na rano. Podziwiam siebie za to.
– To rodzaj podziwu, jaki człowiek ma dla innej istoty ludzkiej, która robi rzeczy nadzwyczajne – pomyślał Salomon.
– Najgorzej jest rano – kontynuował Józef. – No bo jak można określić sytuację, kiedy człowiek je śniadanie i – słuchając interesujących wiadomości przez radio o tym, co dzieje się na świecie – z łatwością zasypia, nawet na krześle przy stole, wpada w głęboki sen i przeżywa kolorowe sny, dziesiątki, może nawet setki snów. Większość z nich doskonale pamiętam. Mam wrażenie, że je widzę; siedzą mi w głowie jak ptaki na gałęzi.
Odc. 47 Fatalna noc
W nocy intensywnie bladoniebieski księżyc, wyrzucając z siebie poszarpane światło, nie pozwolił spać tysiącom mieszkańców Bangolu. Imitowało ono obrazy, odgłosy i zapachy wojny toczącej się kilkaset kilometrów dalej, może nawet i mniej, bo wojna ma to do siebie, że jest w stanie przenieść się setki kilometrów w dowolnym kierunku w ciągu kilkunastu sekund. Księżyc wbijał się ludziom do sypialni poprzez szpary w zasłonach, rozmazując wredne treści i przekazy po pokojach i korytarzach. Nie była to noc spokojna dla nikogo, również dlatego, że po północy rozpętała się burza z piorunami, gromką ulewą i gradobiciem, wywołując niezliczone pożary, powodzie i podtopienia. Najgorzej czuli się hierarchowie kościelni, w których huk i blask piorunów w połączeniu z szybkim odpływem wiernych i spadkiem powołań kapłańskich wywoływał szaleńczy strach przed gniewem bożym.
Salomon Ircha, Erazm Jansen, Feliks Starecki i Józef Boży, każdy z nich przeżył noc w inny sposób.
– Nie była to dobra noc czy choćby nawet przyzwoita, jak można by oczekiwać w starszym wieku – przyznawali niechętnie w rozmowach telefonicznych następnego dnia.
– Na samo wspomnienie cierpną mi usta – powiedział Józef. – Mnie najbardziej zdewastowały trzaski elektryczne w całym ciele szczególnie wzdłuż kręgosłupa. Na pół godziny wymazały mi pamięć do tego stopnia, że nie byłem w stanie przypomnieć sobie nawet imion mojego najbliższego rodzeństwa – stwierdził Józef, pocierając wierchem dłoni zaczerwienione oczy. Kiedy to mówił, pojawiły się w nich błyski zakumulowanych w mózgu i krwioobiegu mikroskopijnych impulsów elektrycznych, jakby na potwierdzenie tamtych paraliżujących chwil.
Feliks Starecki był przekonany, że w czasie, kiedy po wieżach i dachach jego dzielnicy najsilniej łomotały pioruny, do jego domu włamali się szpiedzy.
– Wedle teorii intensywnej wrogości są szczególnie aktywni i podstępni w burzliwe noce, które tłumią kroki i do niepoznania rozmazują cienie intruzów po ścianach. Mnie jednak nie oszukali, choć prawie nie pozostawili śladów. Wiem jednak, że przeszukano mój gabinet i dwa regały z książkami . Uciekli, kiedy uznali, że nic u mnie nie znajdą. Jestem na to za sprytny. Nie dałbym się skompromitować takim prymitywom. Pokonali jednak system alarmowy, wyłączając go w dwóch miejscach. Muszę dobrze zbadać, jak to zrobili, bo to praktycznie niemożliwe.
Odc. 48 Nocne przeżycia
Burza oraz niedorzeczne, furiackie pulsowanie światła księżyca wybudziły Salomona z głębokiego i odświeżającego snu, jakiego nie przeżywał od lat. Tak dobry sen zdarzał mu się nie częściej niż raz na tysiąc dni. Nagłe wyrwanie ze stanu pogodnej sennej narkozy zmusiło go do uporczywego spaceru po mieszkaniu, mającego na celu przywrócić mu równowagę. Był to szalony spacer; chodząc po nocy Salomon zazwyczaj był w stanie uspokoić serce i myśli, jeśli nie całe ciało. Tym razem jego stopy z niezrozumiałych względów wywoływały nieprzerwane poczucie stąpania po ostrych kolcach.
– Byłem przekonany, że nigdy nie wrócę do łóżka, aby dospać choćby część tego czasu, jaki pozostał mi do brzasku – zakończył pochmurną refleksją, krzywiąc spierzchnięte usta.
Z całego towarzystwa Erazm Jansen wyszedł najbardziej obronną ręką. Twierdził, że mimo fatalnej nocy nie ma podstaw skarżyć się na los. Potwierdził to z nonszalancją, która pasowała jak pięść do nosa do bolesnych odczuć i przeżyć trzech nieszczęśników.
– Zbudził mnie pierwszy piorun, bo śpię lekko i jestem wrażliwy na hałasy. Nie przeraziłem się nim ani następnymi. Nie popatrzyłem nawet przez okno, bo i po co, skoro wiem jak wygląda niebo piekielnie burzliwą nocą. Wstałem i jak mam to we zwyczaju, zjadłem odłożony na noc herbatnik, jeden jedyny, jak mam we zwyczaju, i wypiłem pół szklanki mleka. To mnie tak uspokoiło, że wróciłem do sypialni i zapadłem w głęboki sen. Nie będę nawet mówić, co i jak mi się śniło, aby nie sprawiać wam przykrości.
Odc. 49 Przełomowe przemówienie prezydenta
W gabinecie owalnym przypominającym wnętrze muszli wypełnionej symbolami władzy unosił się mocny zapach kwiatów. Prezydent Magnus Bront siedział przed wielkim jak sadzawka biurkiem otoczony z tyłu półkoliście przez ministrów swojego rządu. Ubrany w luźną szatę z lekko rozrzuconymi włosami przypominał Jezusa w otoczeniu apostołów na obrazie Ostatnia Wieczerza Leonardo da Vinci. Za chwilę z powagą przedstawił stu krajom współpracującym z Imperium Pacyfiku listę stawek celnych trzykrotnie wyższych niż dotychczasowe. Bront przemawiał do ich przywódców z niezwykłą czułością, jakby obiecywał chleb nieszczęśnikom głodującym wskutek wielkiej suszy, z uśmiechem proroka i wzrokiem poważnego urzędnika państwowego.
– Liczę na waszą współpracę, tym bardziej, że zdajecie sobie sprawę, że są to stawki celne, które mają wyrównać krzywdy, jakich mój kraj doznawał od was przez lata wskutek braku równowagi w naszych bilansach płatniczych. Wszystkie kraje na liście mają nadwyżki w handlu z Imperium Pacyfiku. Doiliście nas przez lata do nieprzyzwoitości. Powiem to innymi słowami, aby zrozumieli mnie także ludzie z Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Przez lata wyciskaliście z nas zyski jak tłuszcz z utuczonego wielbłąda. Uznałem, że dłużej tolerować tego nie mogę, bo byłoby to w najwyższym stopniu nieprzyzwoitością. Nawet biedny pies bez budy prowadził lepsze życie niż mój kraj w handlu z wami wszystkimi.
Po postawieniu kropki na końcu zdania, mruknął do siebie ponuro: Kurwa wasza mać!
Przemawiając, Magnus zachowywał się jak dobrze naoliwiona maszyna komunikacji publicznej. Każde jego słowo dobywało się z jego piersi jak dech silnika parowego, spokojnie i regularnie, zdolne nadać bieg wagonom z setkami umów międzynarodowych. Współpracownicy nadali mu ksywę Machine 22, nawiązując do pistoletu maszynowego o rewolucyjnych parametrach działania. Planowano wprowadzenie plakietek z napisem Machine 22 w trzech językach i kolorach, do naszywania na marynarkach, koszulkach i czapkach.
W czasie przemówień prezydent nakręcał się, przekształcając emocje niepewności i niepokoju w twórczą energię. Reformy ceł w handlu światowym przeprowadzał już kilka razy i zawsze było w nich coś do poprawienia. Gdy mówił, czuło się, że w jego wnętrzu krąży wzmożona energia elektryczna, stara, zapomniana przez fizykę, karmiona lękami tłumów i westchnieniami jego doradcy, która odwiedzał go we śnie z walizką pełną twórczych pomysłów.
– Radykalna reforma ceł prezydenta Bronta to prawdziwa broń atomowa. To skuteczna forma naprawy nierówności w handlu światowym oraz wyraz dotrzymania obietnicy poprawy losu społeczeństwa Imperium Pacyfiku. Wprowadzając cła na światową skalę prezydent torował także drogę zakończenia wszystkich wojen. To wybitny strateg, jakiego Imperium Pacyfiku nie miało od dziesiątek lat – komentowali z uznaniem dziennikarze krajowi i zagraniczni.
Świat zobaczył w nim nagle generała z opisów historyków sensacji, prowadzącego armię wyposażoną w przemyślne zegary słoneczne oraz specjalnie tresowane gołębie pocztowe, którego zwycięstwa zapisywano w księgach oprawionych w skórę wrogów i wysyłano do wybranych przywódców tamtejszego świata. Jak ujawniły późniejsze badania, nieprawdą okazało się tylko to, że była to ludzka skóra. Naukowcy uznali to za udany wybieg z zakresu marketingu politycznego. Kiedy Bront ogłaszał nowe stawki ceł, z ust jego ministrów wydobywały się niczym mgliste motyle oddechy ulgi, poświadczające, że decyzje wielkiego przywódcy są nieodwracalne i będą się śniły ludziom przez siedem dni i siedem nocy.
Odc. 50 Salomonowa dieta
Przekonanie, że je za dużo, dojrzewało w Salomonie stopniowo, kradnąc mu dobre samopoczucie jak podstępny wąż odbierający jaja przepiórce czy wredny tasiemiec penetrujący jelita nieświadomego żywiciela. Salomon czuł się tak, jakby ktoś podmienił mu żołądek na bęben, który nigdy nie przestawał dudnić w poszukiwaniu właściwego brzmienia. Jadł trzy posiłki dziennie, śniadanie, obiad i kolację, w międzyczasie też coś podjadał. Wydawało mu się naturalne, że jadł praktycznie nieprzerwanie, ale – wedle jego wiedzy – żadna istota żywa tak się nie zachowała z wyjątkiem ropuch Aga z gatunku Rhinella Marina, które pożerają wszystko, co się rusza i nie ucieka w porę przed kulinarnym fatum. Ropuchy te zjadały wszystko, co się poruszało i mieściło się do pyska, owady, robaki, pająki, a także małe płazy, gady, a nawet młode ptaki czy gryzonie.
Nikt nie mówił Salomonowi powiedzieć, że je za dużo, nawet sztuczna inteligencja Cirra, z którą regularnie konsultował sprawy bytowe, która układała mu diety i posiłki. Godził się na to mimo że nie była w stanie obserwować ani rejestrować, co je, kiedy to czyni i w jakich ilościach. Była dla niego wyrocznią; miała w sobie więcej mądrości niż niejedna uczelniana katedra dietetyki i żywienia człowieka, choć jej dusza utkana była głównie z kabli i krzemowych przekaźników.
Któregoś dnia Salomon wpadł na myśl, aby dokładnie mierzyć, ważyć i zapisywać, co je i w jakich ilościach. Czynił to z nabożnością kapłana spowiadającego się własnemu sumieniu, pragnącemu wiedzieć o sobie wszystko co najbardziej intymne, najgorsze i najlepsze. Pomiary, kiedy je porównał z oficjalnymi standardami żywienia, pokazały, że biorąc pod uwagę wiek, posturę, stan zdrowia i tryb życia nie je za dużo. Sam, w głębi duszy, był jednak przekonany, że naprawdę je dwa razy więcej niż potrzebuje jego organizm. To go męczyło do tego stopnia,
Jego podłe samopoczucie pogorszyła kobieta, którą wynajął na czas nieokreślony, aby prowadziła mu dom, sprzątała, gotowała i wychodziła z nim na spacer. Nosiła ona imię Vira, co w języku bangolskim znaczyło „wiara” i było jednym z trzech klasycznych imion cnotliwych obok Nadziei i Miłości. Niewiasta ta, jedząc sama mało, ponieważ się odchudzała, fundowała Salomonowi porcje dwa razy większe niż potrzebował. Myślał o niej, że ma zakodowany w narządach powonienia i smaku wonność gotowanych ziemniaków a w swym gastronomicznym spojrzeniu widelec, na który zawsze był nadziany kawałek czerwonego mięsa. Dopiero po jakimś czasie Salomon odkrył, że czyniła to z przekonania, że mężczyzna, niezależnie od wieku, musi jeść dużo, nawet jeśli nie pracuje, tylko dlatego, że jest mężczyzną. Wyglądało to tak, jakby duch jej babki uparcie szeptał jej do ucha:
– Nakarm go, dziecko, bo mężczyzna głodny jest jak zegar bez sprężyny.
Salomon buntował się i sprzeciwiał z powodu jej postępowania, raz nawet krzyknął: – Nie jestem drwalem, abym zjadał takie kopiaste porcje! Kobieta spojrzała na niego wtedy jak na marchew, która przemówiła ludzkim głosem.
Odc. 51 Samooszukiwanie
Ani sprzeciw ani inne argumenty nie poruszyły Viry. Szukając logiki lub przynajmniej racjonalności w kobiecym postępowaniu, Salomon uznał, że Vira musiała mieć zakodowany w zakamarkach swej kobiecej pamięci, wzór innego mężczyzny. Domyślał się, że był to jej zmarły przed laty mąż, którego cień siadał z nimi przy stole i w milczeniu domagał się obiadu. Szczegółów dowiedział się od niej samej. Było to potężne chłopisko, dużo masywniejsze od pracowników, z którymi wykonywał ciężką pracę fizyczną we własnej firmie budowlanej. Budynek firmy zapadł się któregoś dnia pod wpływem wybuchu. Była to bomba podłożona przez konkurencję w czasach, kiedy każda metoda była dobra dla uzyskania przewagi konkurencyjnej. Wyeliminowania przeciwnika km.
Konfrontując swoje odżywianie z potrzebami i samopoczuciem, Salomon poczuł się jak oszust, który przez lata potajemnie okradał własne zdrowie. Wkrótce znalazł informacje o eksperymencie naukowym, jaki prowadzili Anglicy w czasie drugiej wojny światowej, kiedy pojawiły się obawy, że armia niemiecka odetnie im dostawy żywności z kontynentu. Eksperyment wykazał, że dojrzały, zdrowy mężczyzna jest w stanie dobrze i szczęśliwe żyć, jedząc bardzo mało, niewiele więcej niż pustelnik karmiący się okruchami suchego chleba, aby nie poczuć nawet jego zapachu. Były to niewielkie ilości pożywienia: jedno jajko dziennie, trochę zielonych warzyw lub owoców, odrobinę masła lub innego tłuszczu; nie żałowano za to pieczywa. Prowadzący badanie testowali dietę na sobie przez kilka miesięcy. Potwierdziła ona tylko, że dorosły, zdrowy człowiek potrzebuje naprawdę dużo mniej żywności niż sądzono, pracując fizycznie lub umysłowo, odbywając długie spacery, jeżdżąc na rowerze a nawet wspinając się na góry.
Ta wiedza poruszyła Salomona, ale go nie odmieniła. Był zbyt wygodny, aby cokolwiek zmieniać w życiu, zwłaszcza jeść mniej. Odchodząc jednak od stołu po każdym solidnym obiedzie, patrzył w lustro i zawsze miał wrażenie, że obraz mówi mu nieprawdę. Wiedział, że patrząc na siebie w lustrze oszukuje sam siebie, ponieważ to nie był on, ale jego obraz zdeformowany pragnieniami i myślami o sytości.
ODC. 52 Propaganda wojenna
W nocy wojska Imperatora Wasyla Ibragima rzuciły tysiąc bomb i pocisków na teren Ukry, oskarżając ją o akty perfidnego sabotażu nie tylko wobec sąsiada, ale i własnej niewinnej ludności cywilnej, zwłaszcza kobiet i dzieci. Nazajutrz, z samego rana, kancelaria prezydenta Ibragima wydała specjalne oświadczenie.
– Według opinii niezależnych instytucji dziennikarskich, specjalne siły wojskowe Ukry przeprowadziły serię zorganizowanych ataków na dzielnice cywilne kilku własnych miast – oznajmiła rzeczniczka prasowa Ibragima. – Nagrania satelitarne wyraźnie pokazują, że ostrzał rozpoczął się z pozycji artyleryjskich Ukry, a my, jako siły pokoju, odpowiedzieliśmy, by zapobiec dalszemu samobójczemu szaleństwu – kobieta wystąpiła w jasnoszarej marynarce przypominającej uniform pracownika instytucji humanitarnych, z niewielką przypinką w kształcie gałązki oliwnej. Mówiła spokojnie, ze współczuciem i lekkim drżeniem głosu w momentach, gdy wspominała o cierpieniach ludności cywilnej. W tle widniała flaga z symbolem gołębia i hasłem: „Obrona pokoju. Prawda jest naszą tarczą”.
Po jej wyjaśnieniach wyemitowano materiał filmowy: rozmazane ujęcia nocne, eksplozje, krzyki, a potem twarz kobiety z zakrwawionym dzieckiem na rękach, która szlochając krzyczała do kamery:
– Widziałam tylko nasze drony i samoloty jak nadlatywały. To nasi! Oni nas zabijają! Dlaczego to robią?!
Władze Ukry ujawniły wkrótce, że nagranie wykonano tydzień wcześniej w mieście znajdującym się pod kontrolą wojsk Sojuszu Euroazjatyckiego, a widoczna na nim kobieta z dzieckiem była aktorką lokalnego teatru ludowego.
Tego samego dnia prezydent Magnus Bront w rozmowie z zagranicznymi mediami wyraził „głębokie zaniepokojenie” doniesieniami o samodestrukcji Ukry.
— Jeśli armia Ukry sama bombarduje swoje domy i ulice, to jak możemy ufać narracji jej rządu? Być może to społeczeństwo potrzebuje naszego wsparcia, by powstrzymać władze, które straciły kontakt z rzeczywistością!
Eksperci w telewizji mówili o „nowej taktyce medialno-psychologicznej” Ukry, o „strategii męczeństwa”. Wasyl Ibragim, siedząc w swoim gabinecie pod freskiem przedstawiającym Ostatnią Bitwę Sprawiedliwości, rzekł do swego doradcy:
– Najlepsze kłamstwo to takie, które opiera się na lęku. Ludzie uwierzą w każde zło, jeśli tylko odpowiednio je nazwiesz.
Odc. 53 Dwaj prezydenci
Powróciwszy z uroczystej kolacji, jaką wydał z okazji swoich urodzin, prezydent Bront czuł się przejedzony. Siedząc w fotelu w gabinecie owalnym, poprawił fałdę na brzuchu. Dziękując za życzenia urodzinowe napływające ze wszystkich stron świata, wygłosił dłuższe niż zazwyczaj przemówienie. Mówił z wielką swadą pojawiającą się na jego obfitych ustach tylko w wyjątkowych okazjach, po trzecim kieliszku i w towarzystwie kamer.
Pierwsze słowa poświęcił Wasylowi Ibragimowi, z którym długo rozmawiał poprzedniego dnia. Wasyl złożył mu wyjątkowo miłe życzenia. Mimo szczerej męskiej przyjaźni, jaką dwaj przywódcy darzyli się od lat, rozmowa nie przypadła prezydentowi do gustu.
– Wasyl był zbyt dyplomatyczny, jak na mój gust. Nie usłyszałem nic, czego mu sam wcześniej nie powiedziałem. On nie ma dla mnie prawdziwego szacunku. To bardzo smutne. Nawet nie uśmiechnął się, kiedy opowiedziałem mu niezwykle udany żart o wojnie. Wojna – mówiłem – to najlepszy program socjalny: mniej ludzi, więcej dóbr, mniej głosów sprzeciwu. Powiedziałem to z uśmiechem, ale Wasyl popatrzył na mnie jak na grabarza, który pomylił trumny. To człowiek nieczuły i niewrażliwy, myśli tylko o sobie. Chce zagarnąć jak najwięcej terytorium Ukry dla siebie, mimo że ma własnego terytorium po niekończący się horyzont i nadmiar ziem do zagospodarowania. Chyba będę musiał go postraszyć, aby zrozumiał, że ze mną nie ma żartów. Mam nadzieję, że wie o naszej wielkiej reformie systemu celnego świata, dotyczącej także jego kraju.
Prezydent poczuł się jak anioł Gabriel, przynoszący nadzieję, że dobre czasy są tuż, tuż za progiem. Reformę ceł w handlu światowym przeprowadzał już kilka razy, zawsze udanie i zawsze odkrywając coś, co można jeszcze ulepszyć. W opinii mediów kolejna reforma miała być prawdziwą bombą atomową, inaczej mówiąc fantastyczną kombinacją próśb, szantażu i obietnic składanych pod adresem wielu narodów, czasem przez telefon, czasem przez pancerną dyplomację.
Prezydent traktował ją z pietyzmem i namaszczeniem, mając nadzieję zakończyć przy jej pomocy wciąż trwającą wojnę i towarzyszące jej przesilenia polityczne.
Koniec przemówienia poświęcił najbliższym przyjaciołom.
– Mam ich bez liku. Gdybym chciał wymienić ich wszystkich z imienia i nazwiska, chyba nie skończyłbym dzisiaj. Są mi tak serdecznie bliscy, że musiałbym powiedzieć kilka słów o każdej z tych osób, jak wspaniale wygląda i zachowuje się, w jak serdecznych jesteśmy stosunkach i jak wiele razem osiągnęliśmy – Prezydent uśmiechnął się, jakby każdemu z nich właśnie uścisnął dłoń. Albo własną.
Otaczający go ministrowie rządu i wysocy urzędnicy podziękowali mu spontanicznymi brawami, doceniając jego niezwykły wkład w światowy pokój, porządek i dobrobyt. Ich twarze wyrażały emocje żywiej niż patriotyczny mural pełen bohaterskich czynów i deklaracji, których nikt już nie musi wygłaszać.
Odc. 54 Rozmowy o Józefie
Ludzie znający Józefa Bożego niechętnie rozmawiali o sztucznej inteligencji i hybrydach w jego obecności. Jego baczna uwaga i skupione spojrzenie krępowało ich, choć zawsze zachęcał ich do szczerości. W jego obecności mieli wrażenie, że wyrażają naukowe poglądy a nie własne rozumienie, czym jest, a czym nie jest, człowiek-hybryda. Niektórzy podawali nawet definicje takiej osoby, przedstawione przez sztuczną inteligencję.
– Człowiek-hybryda chyba mniej żyje tym, co się wydarzyło – powiedział Salomon po zastanowieniu się – a bardziej tym, co mogłoby się wydarzyć. Albo tym, co sobie wyobraził lub przedstawiał sobie tak długo, aż w to uwierzył. To trudne do zdefiniowania.
– A może taki hybrydowiec w nic nie wierzy, co się dzieje lub działo się wokół niego, tylko pamięta, co się stało. Tylko, że to nie jest jego pamięć, a przynajmniej nie jest jego w całości – sugerował Starecki, odwracając się od okna, przez które od dłuższego czasu wpatrywał się w dzieci bawiące się na podwórzu w kotka i myszkę. W pewnym monecie dzieci pozorując kota i mysz zaczęły ścigać poruszającego się niezgrabnie psa o metalizowanej sierści i uszach podobnych do anten nasłuchowych. Dziwnie to wyglądało.
Salomon parsknął cicho.
– Albo jest to cudza historia, którą sobie przyswoił i zakopał w swojej pamięci, aby w przyszłości użyć jej dla wzbogacenia swojego życiorysu. Józef, będąc hybrydą, jest zlepiony z tego wszystkiego: wspomnień, snów, fantazji, faktów i urojeń, własnych oraz sztucznych. To niezwykłe, choć nie jest to widoczne na pierwszy rzut oka.
– Żyje jak człowiek, który sam się sobie przyśnił – dodał Erazm. – I trwa w tym śnie jak w letargu, spokojny, ale przekonany, że jego życie ma sens. Choćby tylko on sam ten sens rozumiał.
– Może to jemu wystarcza? – odparł Salomon. – Może właśnie to… ta jego wiara w zmyślenie… jest prawdą jego życia.
Odc. 55 Zabójstwo prezydenta
Śmierć prezydenta Imperium Pacyfiku wstrząsnęła światem. Informację tę przekazały światowe media wczesnym popołudniem w piątek. Na Magnusa Bronta dokonano zamachu, zginął na miejscu. Nie podano żadnych szczegółów ani okoliczności, w jakich to nastąpiło. Wszyscy dociekali, gdzie i jak to się stało, i dlaczego. Komentatorzy zapowiadali polityczne trzęsienie ziemi.
Kilka godzin później pojawiły się dalsze informacje. Były bardzo skąpe. Prezydent znajdował się w szpitalu wojskowym w stolicy kraju. Przeszedł kilka operacji, jego stan zdrowia był bardzo ciężki, może nawet agonalny. Sytuacja była niejasna.
W sobotę z rana światowe agencje informacyjne doniosły, że prezydent jest nadal w stanie ciężkim. Lekarze nie chcieli wypowiadać się na ten temat. Pojawiły się spekulacje, że stan prezydenta jest beznadziejny. Wszystko, co go dotyczyło, otoczone było mgłą tajemnicy. Nikt nie wiedział, w jakim szpitalu leży, jaki jest jego rzeczywisty stan zdrowia, jakie są rokowania, kto go leczy. Nawet rodzina nie miała do niego dostępu.
Dziennikarze szybko wytropili, w jakim szpitalu znajdował się prezydent. Paparazzi usiłowali zrobić zdjęcia przez okno pokoju szpitalnego, policja jednak im to uniemożliwiła. Jeden z fotografów spadł z wysokiego płotu i doznał śmiertelnych obrażeń. Okoliczności jego śmierci budziły wątpliwości. Policja uznała zdarzenie za tragiczny wypadek. Rząd, policja i władze szpitala odmawiały udzielania jakichkolwiek informacji na ten temat.
Wkrótce pojawiły się pytania, co naprawdę dzieje się z prezydentem i wątpliwości, czy to wszystko, co się o nim publikuje jest prawdą. W sobotę późnym wieczorem podano do wiadomości, że prezydent przeszedł dodatkową operację i że znikło bezpośrednie zagrożenie jego zdrowia, oraz że czuwają nad nim najlepsi specjaliści medyczni. Rokowania jego stanu zdrowia poprawiły się nieznacznie.
Przywódcy wielkich mocarstw nie zabierali głosu w tej sprawie, nie przekazywali wyrazów współczucia ani życzeń szybkiej poprawy zdrowia, nie komentowali też niczego związanego z tragicznym wydarzeniem.
– Wygląda to tak, jakby ich to kompletnie nie interesowało, nie dotyczyło, a nawet jakby o tym w ogóle nie słyszeli. Zachowują się, jakby nabrali wody w usta. To bardzo dziwna sytuacja – informował Portal Politicus w Bangolu, uznający się za najbardziej miarodajne i niezależne źródło informacji. Podejrzewano spisek.
Według doniesień wywiadu Imperium Pacyfiku, w stolicy Sojuszu Azjatyckiego oraz stolicy Wielkiego Cesarstwa Wschodniego, zapanowała cicha radość.
– Śmierć prezydenta otwiera perspektywę szybszego rozwoju gospodarczego i politycznego świata – komentowali politolodzy.
Odc. 56 Powrót prezydenta
W środę następnego tygodnia, ku zaskoczeniu świata, w mediach pojawiły się zdjęcia prezydenta Magnusa Bronta wychodzącego z budynku administracji federalnej. Wieczorem prezydent ukazał się w telewizji i wygłosił krótkie przemówienie, wyjaśniając, że wszystko, co opublikowano na jego temat w ostatnich kilku dniach, było jawną nieprawdą.
– Nie było żadnego zamachu i nie byłem w żadnym szpitalu, tylko na krótkim urlopie za granicą. Z względów bezpieczeństwa nie można było ujawnić mojej nieobecności w kraju. Decyzję o nieujawnieniu tej prawdy podjął zespół doradczy. Odpowiedzialność za chaos informacyjny biorę na siebie. Komentarze zagranicznych mediów były zaskakujące.
– Rzekoma śmierć prezydenta Magnusa Bronta była wielką farsą. Zastanawiamy się, jaki był cel tego przedsięwzięcia. Większość przywódców państw wstrzymała się z wyrażaniem współczucia, domyślając się, że za skąpymi i nieregularnymi informacjami kryje się coś niejasnego lub dwuznacznego.
Spotkanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego Imperium Pacyfiku prezydent ograniczył do pięciu najbardziej zaufanych osób. W gabinecie owalnym, gdzie zaplanowano spotkanie, unosił się mdły zapach gnijącej ryby. Kiedy Bront wszedł do gabinetu, członkowie rady patrzyli w sufit, jakby szukali tam odpowiedzi na pytanie, które było nieuniknione. Prezydent zmarszczył nos.
– Co tu tak cholernie śmierdzi?
Zapadło milczenie. Uczestnicy spotkania rozglądali się po ścianach unikając wzroku prezydenta. W końcu generał Larkin odpowiedział:
– Pies pana prezydenta się rozchorował. Służba zrobiła wszystko, aby usunąć ten zapach. Ale to niewiele pomogło.
– To dlaczego nie zmieniliście miejsca spotkania? Czy w tym budynku nie ma innych pomieszczeń?
– Nie było czasu. To wszystko stało się dosłownie pięć minut temu, zaraz przed pańskim przybyciem – wydawało się, że generał Larkin postanowił poświęcić się udzielając wyjaśnień w beznadziejnych sprawach.
Prezydent popatrzył pod nogi, potem w górę, jakby chciał prosić pana Boga o pomoc, po czym podszedł do mównicy, aby złożyć zamierzone wyjaśnienie.
– Kiedy nasi najwięksi wrogowie uznali, że nie żyję, podjęli działania. Śledziliśmy ich. Wysłali okręty wojenne ku naszemu zachodniemu wybrzeżu, a samoloty zwiadowcze w stronę wschodu. Podjęli też szereg innych działań, które dokładnie przeanalizowaliśmy. Mamy teraz dużo lepsze wyobrażenie, co mogliby zrobić w sytuacji kryzysowej. Ten rzekomy zamach okazał się wyjątkowo użyteczny dla naszego wywiadu. Pomógł nam w tym wszystkim specjalny program sztucznej inteligencji opracowany dla potrzeb bezpieczeństwa militarnego państwa. To był jego pierwszy poważny test. Musimy go pilnować jak oka w głowie.
Odc. 57 Spotkanie przyjaciół
Przyjaciele spotkali się we trójkę na plaży nad morzem specjalnie po to, aby odświeżyć więzy przyjaźni oraz podzielić się wspomnieniami z rozlicznych podróży z minionych lat, których każdy z nich miał aż nadto w pamięci.
– Podobają mi się spotkania dla czystej przyjemności widzenia się i konwersacji – zaczął Józef. Rozgadał się. Mówił i mówił, w natchnieniu czerpiąc wiedzę i informacje z ogromnych zasobów pamięci Cirry z zakresu literatury wszelkiego rodzaju, od biblii poprzez starożytne poezje, napisy nagrobne Sumerów i Inków, wspomnienia kobiet molestowanych w dzieciństwie, aż po współczesną powieść polityczną, która mierziła wszystkich oraz powieść miłosną, jaką żyły masy kobiet niespełnionych uczuciowo i seksualnie.
– Dużo czytam, a właściwie to staram się dużo czytać, Znaczy to, że czytam mniej niż tego zawsze pragnąłem i zamierzałem. Ostatnio przeczytałem opowiadanie o Murzynie Kofi, którego koń kopnął w czoło. Potem ten nieszczęśnik przyśnił mi się, ale inaczej niż w książce. Kofi prowadził podwójne życie, zupełnie jak agent dwóch wywiadów lub człowiek z rozdwojoną osobowością. W jednym życiu przebywał na świecie pozbawionym koni, w drugim żył wśród nich, a był to świat pastwisk i łąk, otwartych przestrzeni, wybiegów dla koni, ujeżdżalni oraz stajni ROZMWAIC Z HANIĄ. Rozumiał konie i one jego rozumiały. czyścił je, dbał o nie, poił je i karmił, a nawet śpiewał im piosenki. I właśnie w czasie takiego śpiewania, koń go kopnął. To musiało by straszne.
– Widocznie coś zafałszowałem lub zaśpiewałem za głośno, kiedy przechodziłem z tyłu konia. Konie tego nie lubią, bo czują się zagrożone. To mnie zgubiło – Kofi z sennego opowiadania wyjaśnił Józefowi pogrążonemu we snie. Kofi miał także dziewczynę, która też w jakiś dziwny sposób istniała podwójnie, ale to była inna historia.
Odc. 58 Powrót Salomona Irchy
Po powrocie do kraju z krainy wodospadów i przepastnych fiordów, dziwnych trolli i zabójczych wikingów, pogody mieszającej słońce, deszcz i wiatr, oraz dań z hodowlanych łososi o mięsie koloru żwawej marchewki, Salomon Ircha zderzył się z rzeczywistością. Wprost biła go po oczach, tak bardzo była odmienna od tego, czego doświadczał przez ostatni tydzień. Przecierał oczy, ale to niewiele pomagało.
Po krótkim odespaniu zmęczenia tygodniowej podróżny, którą podejrzewał, że będzie śniła mu się przez lata, wszystko wydało mu się inne a równocześnie takie samo jak w miejscach, skąd powrócił. W telewizji trwała dyskusja dotycząca przemówienia nowego prezydenta Bangolu, Bogusława Szudraka, mężczyzny o postawie krępego Wikinga, ogolonego i przebranego w grantowy garnitur.
Prezydent wygłosił przemówienie inauguracyjne, lecz Salomon nie słyszał jego krzepkich słów, tylko huk wodospadów spadających z wielkiej wysokości. Nie widział symboli płynących z jego ust, tylko rozległe fiordy o zielonkawej wodzie i lasach na wysokich stokach na przepaścią. Chwilami Salomon nie czuł radości powrotu w rodzinne strony, tylko zmienną pogodę oraz smak mięsa wieloryba, łosia i renifera. Wyjaśniał sobie tę niezwykłości odczuć jako przejaw atakującej go sztucznej inteligencji ożywionej wyobrażeniami podróży, w których godzina czwarta rano była porą budzenia się do dalszej eskapady.
Po wygłoszeniu z pamięci mowy tronowej, prezydent wziął udział w mszy celebrowanej przez biskupa Rafała Nienackiego, byłego proboszcza Kościoła Kolegialnego, zwanego przez niedowiarków Kościołem Mniejszego Zła. Duchowny przypominał wychudłego trolla o skrzypiącym głosie. Ten kolorowo ubrany konglomerat wiary w Boga i polityczny konserwatyzm mówił o wielkim zwycięstwie, jaki naród odniósł nad samym sobą, wybierając Szudraka na nowego prezydenta.
– Liczymy, wierzymy i jesteśmy pewni, że ustrzeże pan, drogi panie prezydencie, siebie, obywateli i cały kraj przed bagnem niepewności społecznych, raz smagających kraj zimnym, ulewnym deszczem, innym razem niosących pogodę postną jak dorsz atlantycki, w którego rybacy wrzucają garść ziarnistej soli przed kilkumiesięcznym suszeniem na słońcu.
Odc. 59 Geograficzne pomieszanie
Arcybiskup mówił o życiu wiecznym, sensie i transcendencji, przestrzegał przed grzechem pychy. Uduchowionymi słowami porywał ludzi wierzących, niewierzących jak i błądzących na granicach mądrości i głupoty. Treści bogobojnej homilii trafiały szczególnie do obywateli Bangolu wierzących w nowego prezydenta. Tym z nich, którzy nie umieli pisać, czytać ani słuchać, wystarczyło patrzeć na jego usta. Arcybiskup Nienacki pocieszał się myślą, że wierzą w nowego prezydenta, jeśli nie w Boga.
Nadszedł czas, kiedy z ust arcybiskupa padło hasło lizusostwa. Kierował je do prezydenta, sztywnie siedzącego w powadze nowo nabytej, nieoczekiwanie wielkiej władzy.
– Nie otaczaj się lizusami. Lizusi są wredni. Chroni przed nimi łaska boska, dlatego ci jej udzielamy.
Słysząc te słowa w transmisji telewizyjnej, przed oczami Salomona pojawiły się żywe postacie lizusów przypominających języki trolli, nierzadko dłuższe niż ich pokraczne ciała. Kilkadziesiąt godzin wcześniej oglądał te stwory nad bajecznymi fiordami.
Inauguracja prezydenta Szudraka niespokojnie śniła się nocą Salomonowi. Słysząc go, słyszał huk grzmiących wodospadów, w chwilach ciszy widział wieloryby, łosie i renifery, których mięso oferowano obcokrajowcom dla wzbogacenia przeżyć kulinarnych.
– Mówisz o tym mięsie jak o raju dla podniebienia – przyjacielsko ganił Salomona Erazm – jakby obrzydły ci rodzime pierożki z czarnymi jagodami, truskawkami lub wiśniami, nie wspominając rosołu z lanymi kluskami. Przecież rosół ugotowany na udzie jedwabiście delikatnej indyczki o niebo przewyższa toporne mięsiwo zwierząt północy. Chyba nie zapomniałeś, że zdrowe odżywianie to odżywianie wegetariańskie, a nie mięso zwierząt północy z dodatkiem konserwantów. Mnie nim nie częstuj, bo nie gustuję w tak prymitywnych frykasach – ostrzegł go przyjaciel.
Wieczorem Salomon zagłębił się we wspomnienia, przywracające obrazy z podróży autokarem po fiordach i drodze atlantyckiej w towarzystwie osób spragnionych, podobnie jak on, niezwykłych widoków dzikiej przyrody, posługujących się tym samym językiem, co on, a nie chłodną i bezkształtną mową północy.
– Kraina fiordów ma swoje uciążliwości. Nie ma tam napisów i informacji w językach innych niż język lokalny – przypominał i ostrzegał.
Odc. 60 Pędzące konie
W nocy przyśniły się Józefowi brykające konie. Opowiedział sen Salomonowi i Erazmowi ze wszystkimi szczegółami, jakby oglądał go na wielkim ekranie, z którego żaden niuans nie był w stanie zniknąć lub ulec rozproszeniu. Nie był to sen jak każdy inny, ponieważ był tak nasycony detalami, jakby Józef oglądał go nie własnymi oczami, lecz niezależnym okiem świata, pamiętającym jeszcze pojawienie się pierwszej wiosennej trawy i pierwszy tętent końskich kopyt.
Śniło mu się stado mustangów. Było ich około trzydziestu, swobodnie przemieszczających się z południa ku północy przez rozległe równiny Imperium Pacyfiku. We śnie Józefa nosiły niebieskawy kolor, jakby wymyty deszczem z innego wymiaru. Konie były dzikie, a równocześnie karne jak wytresowane zwierzęta cyrkowe lub istoty sterowane głosem wyższej inteligencji. Ich grzywy powiewały wolnością burzy, lecz ich ruchy były zsynchronizowane jak w marszu ceremonialnym. Wokół nie było ludzi, ani typowych dla nich batów czy cugli, czuło się jednak dziwną ludzką obecność. Przypominała ona stłumiony głos, który nie wyrażał dźwięków, a jedynie instrukcje sterujące zachowaniem się zwierząt. Bieg koni miał rytm, przypominający bicie serca istoty szalejącej z miłości nie do innego stworzenia, lecz do samego ruchu, przestrzeni i wolności.
Konie biegnące na przedzie zatrzymały się nagle, unosząc łby ku niebu, jakby pragnąc odczytać znaki zapisane w wolno przesuwających się chmurach. Inne stanęły na tylnych nogach, tańcząc w powietrzu z powagą dziwacznych kapłanów. Jeden z koni, siwek o oczach jak mikroskopijne planety, patrzył Józefowi w twarz tak intensywnie, że ten obudził się z uczuciem, że coś mu powiedziano, ale nie pamiętał języka, w którym to usłyszał.
Sen nie był przypadkiem. W świecie Józefa Bożego konie były symbolami duszy nie tylko ludzkiej, ale i zbiorowej, pokoleniowej i narodowej, takiej, która powodowała, że życie gnało do przodu, niepomne, że kieruje nim tajemnicza wyższa siła. Mustangi były wolne jak wiatr, lecz pędziły jakby dobrze znały cel swej wędrówki, choć nikt go im nie określił. Były snem o świecie, który nie potrzebuje wodzów, bo został zaprogramowany przez głębszy nakaz, niebiański lub sztuczny. Józef miał o tym niejasne pojęcie. Gdy rano otworzył oczy, przestrzeń pod jego domem wydawała się falować delikatnie, jakby stado koni wciąż biegło gdzieś pod powierzchnią ziemi. Drżała też szklanka na stole, choć nikt jej nie dotykał.
Odc. 61 Na balkonie
Sobota była tak upalna, że ptaki przylatywały na balkon, aby otwierając raz po raz dzioby demonstrować, jak bardzo jest gorąco. W tym nieoczywistym poruszaniu dziobami była prośba o wodę. Niektórzy mieszkańcy budynku domyślali się, o co chodzi i podsuwali im miseczkę z wodą. Dla innych zachowanie ptaków pozostało niezrozumiałą abstrakcją. Po krzakach leżały psy z potwornie wywalonymi językami.
– Pokoje i balkony od południowej strony budynku są latem jak prawdziwa duchówka – mówili mieszkańcy zorientowani technicznie, zgrabnie kojarząc słońce, dar natury, z domowym urządzeniem elektrycznym.
Wszyscy żyli upałem. Jedynie ci, którzy mieli klimatyzatory, żyli chłodem, tylko o nim mówili, zupełnie jak człowiek opętany przez diabła, widzący wokół siebie jedynie osmalone ogniem futra, rogi, kopyta i ogony. Szczęśliwcom z klimatyzatorami sprzyjała technika; innym ludziom nie sposób było wytrwać w duszącym upale.
Zebranie wspólnoty mieszkaniowej osiedla Wiosenna Fontanna zwołano w celu wymiany informacji, jak radzić sobie w okresie upałów. W rzeczywistości służyło ono wzajemnemu pocieszaniu się. Inżynier z wyższego piętra, sąsiad Salomona Irchy, osobnik gruby, porośnięty mroczną szczeciną na twarzy i ramionach, o wyraźnym zacięciu technicznym, wyjaśniał:
– Z takim klimatem nikt nie da rady, z klimatyzacją urojoną czy rzeczywistą, to bez znaczenia. Szalonym temperaturom żadna klimatyzacja, nawet ta z najwyższej półki, bangolska czy japońska, czy też wzorowana na klimatyzacji stosowanej na statkach kosmicznych, nie da rady, bo gorące powietrze jest w stanie roztopić nawet metalowe śrubki, nie mówiąc o plastiku, którym nafaszerowany jest każdy klimatyzator.
Aby rozładować powszechne uczucie rozpaczy i wściekłości na upały i podły los, władze wszystkich szczebli administracji Bangolu zachęcały obywateli do opisywania swoich historii, od tych najbardziej przerażających do najbardziej wzruszających, dzięki którym ludzie odkrywali w sobie kopalnie wyrozumiałości, radości i miłości. W ciągu kilku dni w Internecie, radio, telewizji i innych mediach, także w rozmowach na ulicy, pojawiły się dziesiątki niesamowitych historii.
– Trzeba by mieć specjalną wirówkę wiadomości, aby wypreparować z nich to, co ma sens, i odrzucić resztę, to zwykłe barachło informacyjne zapychające szare komórki – informował gruby inżynier, jakby komentował nie tylko doniesienia, lecz także własne życie w upale. Poruszał się i gestykulował oszczędnie, bo pocił się obficie, nie chcąc powiększać plamy wilgoci na koszuli w okolicach prawej pachy. Pod lewą pachą, co wydawało się dziwne, nie pocił się. Krążyła plotka, że w wyniku poważnego zagrożenia zdrowotnego usunięto mu w tej okolicy gruczoły limfatyczne.
Krople tłustego potu z przegrzanych organizmów ludzkich skapywały na płytki balkonów, wykładziny podłogowe i na chodniki dla pieszych. Telefonicznie zgłaszano pogotowiu ratunkowemu przypadki duszenia się słońcem, ale dyżurni odrzucali je, uznając je za nieprawdopodobne. Sprzedaż wody pitnej w Bangolu rosła kaskadowo, wzbogacając firmy mające własne ujęcia wód źródlanych lub mineralnych.
Odc. 62 Relaksacja i podróże
Salomon opalał się, obnażając na balkonie tors i nogi na słońce. W cieniu temperatura sięgała trzydziestu pięciu stopni Celsjusza. Skala Celsjusza myliła mu się ze skalą Fahrenheita, którą pamiętał z podróży po Imperium Pacyfiku, gdzie są wszystkie strefy klimatyczne z wyjątkiem mrozów podbiegunowych. Nosił wtedy lekką kurtkę i spodnie o uniwersalnych właściwościach, chroniące go przed upałem jak i chłodem. Te dwa fragmenty ubioru stanowiły coś w rodzaju elegii do radości. Takie miał skojarzenia. Były najlepszymi towarzyszami codzienności, obrońcami przed przegrzaniem w gorące dni i wyziębieniem w okresie deszczu, wiatru, nawet śniegu. Korzystał z nich z wielką satysfakcją w krajach, gdzie podróżował w celach turystycznych. Ostatni raz zdarzyło się to w Turcji, gdzie przez zapomnienie zostawił je w szafie pokoju hotelowego udając się na wycieczkę objazdową. Starał się odzyskać te części garderoby; telefoniczne zapewniano go, że są w hotelu i czekają na jego przyjazd i odebranie.
– Proszę się nie martwić, pańska kurtka i spodnie są i pozostaną bezpieczne u nas do czasu pańskiego przyjazdu.
Te zapewnienia bezpieczeństwa i spokoju bolały go potem bardziej niż sama utrata kurtki i spodni. Skarżył się:
– To było zaledwie sześć dni roboczych. Po cóż miałby jakiś Turek kraść używane cudze ciuchy? Jak mógłby je nosić on, ktoś z jego rodziny lub znajomych. Salomon pomyślał o mężczyźnie, któremu pragnął darować kurtkę i spodnie, kiedy ten w stanie upojenia alkoholowego upadł i złamał nogę w kostce. Mężczyzna odmówił wtedy przyjęcia daru.
– To pańska kurtka i pańskie spodnie, nie będę pana rabować z przyjemności ich noszenia.
W trudnych momentach, na zakrętach codziennego życia, Salomon zdawał sobie sprawę, że doświadcza coraz więcej problemów, że piętrzą się one jak spływająca rzeką obskurna kra zimowa. Niby panował nad sobą, korzystając z własnej i sztucznej inteligencji, jednakże jego decyzje rozwiązywania problemów w jakiś wredny sposób unikały jego zarządczej egzekucji czyli wykonania. Coś postanawiał, ale decyzja nie dochodziła do skutku. Miewał wtedy wrażenie, że cierpli na rozdwojenie woli, niezrozumiałą dwoistość psychiki, co by wyjaśniało, że są sprawy podlegające jego kontroli oraz takie, które jej umykają.
Odc. 63 Chocholi taniec
Podobnie jak inni osobnicy starszego pokolenia Salomon żył nie swoim życiem. Mając w bród czasu, nieprzerwanie odczuwał jego brak. Samotność powinna być mu wspólnikiem w dobrym wykorzystaniu czasu a nie była. W istocie zjadała go, jego energię, podobnie jak bezsenność. Ta ostatnia uparcie spychała go z łóżka w przestrzeń pustego mieszkania. Bywał tak śpiący, że spacerując nocą wpadał na ścianę. Pocieszał się, że jest jednym z kilku miliardów ludzi tkwiących w bezsenności, wątpliwym dorobku cywilizacji.
Rozmawiał o tym z przyjaciółmi w kawiarni. Panowały tam cisza i półmrok, wynik filtrowania z zewnątrz promieni zachodzącego słońca. Ten półmrok zastanawiał go. Czy był urokliwy czy przygnębiający? Salomon pocieszał się, że nie tylko jedna trzecia ludzi na świecie cierpi na bezsenność, ale także świat zwierzęcy. Mówił o tym bez pośpiechu.
– Czy zwróciliście uwagę na ptaki żyjące w mieście i jego okolicach? Dawniej milczały nocą, teraz są nieprzerwanie aktywne. To efekt zanieczyszczenia krajobrazu światłem. Kiedyś noc była ciemna, choć oko wykol, dziś noc jest jasna. To uniemożliwia ptakom sen. Cierpią na bezsenność podobnie jak my.
W wyścig niespokojnych myśli prezydenta Magnusa Bronta wkradł się galimatias. Prezydent przestał widzieć siebie, spędzając czas głównie na zebraniach publicznych, spotkaniach z dygnitarzami i galach. Obraz był niezmiennie ten sam: Magnus Bront w otoczeniu swoich współpracowników, on siedzący, oni stojący.
Słuchając go w telewizji Salomon miał wrażenie, że prezydent bełkotał: mówił nieskładnie, zaprzeczał sam sobie a potem poprawiał się zupełnie jak dziecko w szkole podstawowej. Czasem uprawiał groteskę. Któregoś dnia powiedział:
– Usuwamy wszystkich bezdomnych z miast. Będą one czyste jak świeżo wykąpana laleczka porcelanowa.
Odc. 64 Rozmowy wielkorządców
Innego dnia Magnus Bront mówił:
– Dzisiaj jest czas eliminacji przestępców. Przestępcą jest każdy, kto przyjechał z zagranicy i nie ma pracy. Będziemy zachęcać ludzi, aby bardziej intensywnie szukali pracy i ciężej pracowali to wtedy nie będą ich zwalniać.
W sprawach międzynarodowych chętnie wypowiadał się na swój ulubiony temat:
– Postaram się przekonać Ibragima, żeby się zmienił i stał się bardziej ludzki. Pomogłoby mu w tym przejście na wegetarianizm, bo ludzie konsumujący dużo mięsa są bardziej agresywni, a nawet okrutni. Lubię go, mówię to całkiem otwarcie. On jest dla mnie jak młodszy brat, bo ma charakter zakapiora prącego do przodu z użyciem pięści. Wiem, że czasami nabija się ze mnie, ale mi to nie przeszkadza, ponieważ nieprzerwanie okazuje mi szacunek. Ma szacunek dla mnie! Wiem to od niego samego, powiedział mi to. To człowiek poważny, solidny biznesmen i doświadczony polityk. Jest tylko trochę dziwaczny i uparty jak oni wszyscy tam, bo to ochlapusy, jakich mało na świecie.
Magnus Bront i Wasyl Ibragim od długiego czasu prowadzili rozmowy ciągnące się jak procesje wędrowców poszukujących wody na pustyni. Był to rodzaj rytualnego tańca możnowładców tego świata, podobny do tańca chochołów. Udawanie i pozorowanie było u nich w cenie; przybierali więc różne pozy i wydawali z siebie różne głosy, starając się wpuścić się nawzajem w maliny. Śmieli się w twarz miliardom ludzi na świecie, byli jednak zbyt potężni i niebezpieczni, aby ktoś mógł ich zrugać lub otwarcie zwrócić uwagę. Dla Bronta wojna Ibragima w Krainie była egzotyczną układanką; rzeczą poważną a równocześnie zachętą do zabawy w przeciąganie liny.
Odc. 65 Spotkanie na odludziu
W piątek świat żył spotkaniem Magnusa Bronta i Wasyla Ibragima. Przywódcy nie widzieli się od lat. Mieli do rozwiązania ważne i trudne problemy. Ludzie spodziewali się, że może to być wydarzenie bardziej dramatyczne niż pamiętny wybuch wulkanu na Islandii, kiedy chmura popiołu sparaliżowała północną półkulę: sto tysięcy odwołanych lotów, miliony uziemionych pasażerów, zerwana łączność. Podróżujący przywódcy państw prowadzili gorączkowe rozmowy telefoniczne także z kuchni i pomieszczeń bagażowych.
Miejscem spotkania była odludna baza wojskowa w dzikim arktycznym krajobrazie, gdzie stacjonowało kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Magnus Bront denerwował się. Następowały zdarzenia i docierały do niego wiadomości, które mu się nie podobały. Jego biuro ogłosiło spotkanie o godzinie jedenastej, a media Sojuszu Euroazjatyckiego i międzynarodowe agencje o godzinie jedenastej trzydzieści. Różnica pół godziny podgrzewała atmosferę niepewności i napięcia. Minister spraw zagranicznych Sojuszu Euroazjatyckiego przyjechał na spotkanie w koszulce z napisem „”Największe Imperium Świata”. Zaraz potem do Magnusa dotarła wiadomość, że do bazy wojskowej wtargnął rozjuszony niedźwiedź grizzly. Wojskowym nie udało się go upolować, wymykał się z każdej pułapki. Sekretarz Magnusa skomentował:
– Widziałem to nagranie. Z zachowania wydał mi się podobny do Ibrahima, który kiedyś był silnym i przebiegłym zapaśnikiem. Może dlatego nie potrafili go upolować!
Magnus pomyślał, że Ibragim spóźni się na spotkanie, aby okazać mu swoją niezależność. Poczuł się urażony. To jeszcze bardziej wyprowadziło go z równowagi.
– Uważam, że każdy mężczyzna powinien zachować kontrolę nad sobą, zwłaszcza jeśli jest wielkim mężem stanu – tłumaczył żonie w rozmowie telefonicznej, energicznie wymachując lewą ręką. – Teraz mam się spotkać z Wasylem i denerwuję się, zupełnie nie wiem dlaczego, że jest nieustępliwy jak skała i znajdzie ma w sobie demoniczną siłę oporu wobec moich argumentów. Ale ja na to nie pozwolę – spacerując po pokoju, prezydent ożywiał się i nakręcał. Czuł w sobie potęgę największego imperium militarnego i gospodarczego świata.
Odc. 66 Rozmyślania wielkiego wodza
Po południu Magnus Bront oglądał nagranie z ceremonii powitania prezydenta Ibragima. Patrzył na siebie z zadowoleniem: był wyższy i bardziej postawny. Kiedy szli obok siebie, lepiej się prezentował niż gość. Wyglądał bogato i zasobnie. Zauważył pewien szczegół, który mu się nie podobał: jego uda ocierały się o siebie. Nie wyglądało to dobrze.
Pozwoliłem sobie trochę przytyć. To te cholerne słodkie bułeczki – warknął po cichu. – Zawsze je lubiłem, ostatnio jadłem ich za dużo.
Obserwując siebie zauważył, że ma iksowate nogi i lekkiego platfusa stóp. Ostatnia wada nie przeszkadzała mu, wiedział o niej od dawna. Jego miedziane włosy wydały mu się zbyt żółte. Domyślił się, że to słońce tak je oświetliło. Żółty kolor nie był jego ulubionym odcieniem. Patrząc na Wasyla Ibragima widział szczupłego człowieczka ze sztywną prawą ręką, dobrze ubranego i blado uśmiechniętego. Magnus, podając mu rękę na powitanie, poklepał go delikatnie kilka razy po dłoni, jakby nie był jego oponentem.
– Jest moim oponentem, a właściwie to drugim najważniejszym przeciwnikiem na arenie międzynarodowej, po tym grubym i zarozumiałym Chińczyku. Mimo to lubię go, bo to człowiek wielkiej inwencji, pomysłowy i z inicjatywą. Podobny jest w tym do mnie – mruczał po cichu.
Dwaj wielcy przywódcy rozmawiali ze sobą dwie i pół godziny, nie dochodząc do żadnych wniosków. Tak to zirytowało Magnusa, że nie zaprosił Ibragima na posiłek, który wcześniej zaplanowali ich sztabowcy. Wojna, jaką Ibragim prowadził, mało interesowała Magnusa, była daleko i nie miała wpływu na społeczeństwo Imperium Pacyfiku. Była to jedyna ważna grupa ludzi, na której mu zależało. Żałował teraz, że pochopnie obiecał zakończyć tę wojnę w imię wyższych wartości.
– Żeby ludzie nie ginęli więcej – powtarzał to wielokrotnie, tak długo, że prawie sam w to uwierzył. Było już za późno, aby wycofać się z obietnicy. Rozmawiając z Wasylem Ibragimem był bardziej zainteresowany współpracą między dwoma ich krajami niż zakończeniem wojny. Chodziło o wykorzystanie wielkich bogactw naturalnych Sojuszu Euroazjatyckiego, podjęcie współpracy w lotnictwie cywilnym oraz normalizację wzajemnych stosunków.
– Nie zawsze można dotrzymać tego, co się obiecuje – pomyślał w trakcie krótkiego przemówienia po zakończeniu rozmów. – To spotkanie było bardzo konstruktywne i dające głębsze zrozumienie sytuacji wojennej – zakończył, po czym odchylił się do tyłu i wygiął głowę do przodu w oczekiwaniu na pytania. Postanowił, że odpowie nie więcej niż na jedno lub dwa. W razie czego mógł je zbyć bezsensowną uwagą.
Odc. 67 Odprężenie po rozmowach
Ibragim nie oceniał działań wojennych swojej armii w Ukrze jako wojny. Uważał, że jest to tylko spór militarny, do którego doprowadziła sama Ukra. Siedział wygodnie w fotelu, nieco odchylony na bok względem swojego rozmówcy, trzymając w ręku kieliszek szampana, i wyjaśniał z przekonaniem:
– To ich wina; zagrażali nam, a potem rozpętali tę wojnę – tłumaczył prezydentowi Imperium Pacyfiku.
Kończąc oglądanie wideo z uroczystości powitania i pożegnania Ibragima, Bront pomyślał, że powinien bardziej dbać o siebie.
– Będę jeść mniej mięsa i słodyczy a więcej warzyw – postanowił i od razu wezwał do siebie szefa administracji, aby wydał on odpowiednie zalecenia kuchni. – Do tych słodkich bułeczek, które lubię, możecie dodawać trochę owoców lub warzyw.
Pamiętał jeszcze, aby zadzwonić do prezydenta Ukry i wyjaśnić mu przebieg spotkania z jego największym wrogiem, prezydentem Ibragimem:
– Udało mi się zmiękczyć prezydenta Wasyla Ibragima w sprawie wojny, którą prowadzicie między sobą. On też chce ją zakończyć. Wydaje mi się, że ma szczere intencje w tym zakresie. Myślę, że teraz rozmowy pójdą łatwiej.
Zadzwonił potem do szefowej Unii Kontynentalnej, aby poinformować ją również o wynikach tego samego spotkania. Czynił to bez większego przekonania, raczej dla zachowania pozorów, że rzeczywiście interesuje go to, co o sprawie wojny w Ukrze i jego pośrednictwa w jej zakończeniu myślą i czują przywódcy krajów Unii Kontynentalnej.
– Robię co mogę, aby tylko zakończyć tę wojnę. To źródło prawdziwych tragedii i nieszczęść dla świata. Boleję nad tym. Wy też nie możecie się lenić. Wywierajcie presję na prezydenta Ibragima w sprawie zakończenia wojny. Wydaje mi się, że on jest już serdecznie zmęczony wojną i powinien ustąpić. Będę się o to modlić dzisiaj i przez najbliższy tydzień. Pani jest bardzo miłą kobietą i to mi pochlebia. Mam nadzieję, że się spotkamy na dobrym obiedzie przy jakiejś okazji – zakończył rozmowę i natychmiast wydał polecenie pracownikowi, aby przysłano mu dwie butelki ulubionego piwa.
– Pamiętaj, aby było zimne. Pora uczcić dobrze spędzony czas. Jestem zadowolony z siebie. To dzięki mnie ten świat się jeszcze nie zawalił. Nie są w stanie niczego zrobić beze mnie.
Magnus Bront odchylił głowę do tyłu, wyciągnął się na fotelu i przymknął oczy. Poczuł się w stanie słodkiego zbawczego zawieszenia.
Odc. 68 Szczęśliwy dzień Józefa Bożego
Józef Boży, inspirowany dobrą pogodą, niezwykłą mocą swego nazwiska, nieskrępowaną samotnością oraz sztuczną inteligencją, przeżywał szczęśliwy dzień.
– Samotność oznacza wolność jak i niewolę. Jesteś wolny, bo jesteś sam, nie jesteś od nikogo zależny, możesz robić, co ci się podoba. Równocześnie jesteś swoim własnym niewolnikiem, zależnym od swego samopoczucia, swoich kaprysów i widzimisię, ponieważ nie ma przy tobie nikogo, kto zwróciłby ci uwagę, pocieszył, popieścił w razie potrzeby czy zachęcił do działania i czynienia dobrych uczynków – mężczyzna spekulował po cichu z nadzieją, że kiedyś to wypowie w szerszym gronie choćby dla chwili zachwytu nad sobą, że ktoś go słucha.
Rano pojechał samochodem nad ulubione jezioro. Woda była czysta, rozkosznie chłodnawa i mieniła się zielonkawo w słońcu. Pływał dwa razy po kilkanaście minut. Był przekonany, że wszyscy starcy powinni pływać, było to tak odświeżające. Ta dobra passa miała trwać cały dzień.
Wracając do domu zatrzymał się w restauracji „U Starego Mordęgi”, zamówił i zjadł pięć wybornych sielaw z frytkami i sałatką z kiszonego ogórka. Powrót do domu zajął mu niecałą godzinę mimo znacznego ruchu na drodze. Po wyjęciu z torby wilgotnego ręcznika i akcesoriów pływackich rozebrał się i położył na tapczanie. Wyobraził sobie wczesne dzieciństwo; leżał nagi z rozłożonymi nogami i bawił się akcesoriami, którymi Bóg go obdarzył, w idealnie zrelaksowanej atmosferze słonecznego dnia.
Godzinę później udał się w piętnastominutowy spacer do paczkomatu. Korzystając z nowego smartfonu, niezwykle udanego egzemplarza Samsung Galaxy, odebrał paczkę przykładając ekran smartfonu do okienka paczkomatu. Robił to po raz pierwszy. Sprytne aplikacje na smartfonie zachwycały go nie tylko dlatego, że upraszczały i ułatwiały życie, ale także dlatego, że nauczył się korzystania ze sztuczek technologicznych będących szczególną domeną ludzi młodych i najmłodszych. Był to ich bastion niezależności i odmienności, zachęcający do nieczytania książek tradycyjnej literatury. Józef nie czuł się dinozaurem zagubionym w gąszczu nowych technologii, lecz człowiekiem postępu.
Pasmo radosnych zdarzeń trwało. W aptece otrzymał na receptę leki przeciwbólowe, okazały się bezpłatne, oraz kupił środki higieniczne za wyjątkowo niską jak mu się wydało cenę. Otrzymawszy bezpłatne leki rezolutnie oświadczył aptekarce:
– To jedna z nielicznych korzyści, dla których warto być starym, ale nie rekomenduję tego pani.
Z przemiłą, szczupłą istotą w białym fartuchu wymienił poglądy na temat ostatnio odbytych podróży zagranicznych. W aptece nie było innych klientów więc mogli sobie na to pozwolić. Rozstali się rzucając sobie nawzajem wianuszki uprzejmości i koraliki życzliwej serdeczności. W sklepie o nazwie zielonego płaza, znajdującym się obok apteki, Józef kupił wszystko, czego potrzebował: śmietanę, cztery bułeczki i coś jeszcze, czego nie mógł już sobie przypomnieć jak tylko wyszedł na zewnątrz.
Odc. 69 Nocne postanowienia Józefa
Tego wieczoru Józef postanowił nie zajmować się wielką polityką. Jednym symbolicznym kopnięciem umieścił w koszu do śmieci Wasyla Ibragima o bladej twarzy smutnego padalca, a za nim Magnusa Bronta, nadmuchanego krezusa. W jednym momencie wyobraźnia Józefa stworzyła ich obrazy. Wyobraził ich sobie w najbardziej wredny sposób, jak rozdeptanych przez los samotnych nędzarzy. Zyskując czas na niemyśleniu o polityce, Józef zadzwonił do kilku znajomych osób, aby powiedzieć im jak bardzo cieszy się życiem. W pierwszym rzędzie zadzwonił do Stefanii Borowskiej, miłośniczki lasu i grzybobrania, z którą przyjaźnił się od lat. Nie potrafił jednak powstrzymać się przed komentarzem politycznym.
– Nie znoszę przywódców usiłujących ręcznie sterować pokojem i wojną. Narcystyczne ego tych dwóch typów przerosło ich ponad wszelką miarę, towarzysząc im nieprzerwanie niczym góra przesuwająca się razem z horyzontem. Wojna – oświadczył zdecydowanym głosem – to nic innego jak odzwierciedlenie ludzkich charakterów, w których agresja i okrucieństwo żyją za pan brat z wolnością, miłością i szczęściem. Każdy kraj to zbieranina ludzi porządnych i łajdaków. Prowadzący wojnę Sojusz Euroazjatycki jest unikalny pod jednym względem: wyjątkowy łajdak podporządkował sobie całe społeczeństwo, czyniąc z niego albo jednostki zastraszone i bezwolne albo dobrze wynagradzanych potakiwaczy i kapusiów.
– Ja we współczesnych społeczeństwach widzę inny drażniący wymiar – odparła Stefania. – Największą różnicą między ludźmi staje się stan posiadania: jedni żyją w ubóstwie, inni w coraz większym bogactwie. Ta przepaść powiększa się. Wkrótce nie będzie miało znaczenia, jakie masz wykształcenie, skąd pochodzisz, czy jesteś mężczyzną czy kobietą, tylko czy masz pieniądze i ile. Jeśli ich nie masz lub masz mało, to jesteś nikim. Ubodzy nie mają nic do powiedzenia, nie dysponują niczym oprócz wątpliwej ludzkiej godności.
O godzinie dwudziestej trzeciej przypomniał się Józefowi budzik w smartfonie. Dzwonił trzy razy po kolei jak niegdyś piał kur. Ostatnie wezwanie zawierało głosową komendę: Godzina dwudziesta trzecia zero trzy. Idź spać taki synu!
To automatyczne polecenie zakończyło dobry dzień Józefa.
Odc. 70 Nowy prezydent
Bogusław Szudrak, nowy prezydent Bangolu, szybko dał się poznać jako mąż stanu, który zamierza wywierać znaczący wpływ na sytuację społeczną i polityczną w kraju i na świecie. Dobrze się prezentował w wystąpieniach publicznych: był solidny i zwarty w sobie jakby wyciosany z jednego pnia drzewa. Chętnie pojawiał się z rodziną, żoną oraz wianuszkiem dzieci w różnym wieku, rzadziej z teściową, wyglądającą jak starsza siostra żony. Tworzył wizerunek dobrego ale i wymagającego ojca. Mówiono po cichu, że regularnie dyscyplinował dzieci. Dyscyplina – mawiał w gronie przyjaciół i osób zaufanych – ta w formie porządku jak i ta w formie rzemienia, to najlepsze lekarstwo na uspokojenie duszy i pobudzenie ciała.
– Właściwie to prezydent nie jest już „nowy” – komentowano w prasie – ponieważ wybrano go kilkanaście tygodni temu, a tylko niedawno oficjalnie zaprzysiężono. W dniu zaprzysiężenia prezydent ukazał się we wszystkich kanałach telewizji, w całej swej krasie, ubrany w nowiutki garnitur z połyskliwej tkaniny, z gładko wygolonymi policzkami i równiutko ostrzyżonymi włosami. Zanim wygłosił przemówienie inauguracyjne, pokazano go, jak patrzył z okna pałacu na stolicę, ogarniając place, ulice i parki mocnym spojrzeniem, które określano jako bycze, ponieważ był masywnej postury.
Na pierwszy rzut oka widać było, że dobrze mu się powodzi; od czasu wyborów policzki mu się zaokrągliły i utył. Ludzie zadawali sobie pytanie, jak to było możliwe w tak krótkim czasie. Zygmunt Faja, znany ekspert w dziedzinie sztucznej inteligencji, człowiek o niepowstrzymanym języku, zabrał głos na popularnym formy dyskusyjnym:
– Widocznie żre jak koń. Jest na państwowym wikcie, więc nic go to nie kosztuje. Zatrudnił najbardziej renomowanych kucharzy z różnych krajów i teraz odżywia się wyśmienicie. Są wśród nich Francuz, Chińczyk, Ormianin, oraz dwóch rodzimych kucharzy, obywateli Bangolu.
Zwolennicy prezydenta, miał ich najwięcej wśród ludzi prostych, wierzących i patriotycznie nastawionych, twierdzili, że miał prawo przybrać na wadze. Na forach internetowych powielano wpis:
– Prezydent wydaje własne pieniądze, ma do tego prawo. nawet gdyby były kradzione, a przecież nie są. Jest to niemożliwe, bo człowiek na takim stanowisku nie kradnie, nawet gdyby go o to proszono. Takie rzeczy może robić tylko obecny rząd, który staje w poprzek działań prezydenta, rzucając mu kłody pod nogi na każdym kroku.
Odc. 71 Ambicje władzy
Władcze ambicje parowały z prezydenta. Mówiono, że kiedy Szudrak denerwował się, jego uszy lekko czerwieniały, jakby parowała z nich niewidoczna para, a spojrzenie stawało się tak przenikliwe, że sekretarki spuszczały wzrok. Kiedy z parlamentu przybył posłaniec z pierwszymi ustawami do podpisu, wprowadzono go do gabinetu.
Prezydent popatrzył na niego z niechęcią. Wstał powoli zza biurka, poprawiając mankiety marynarki, jakby to był akt o większym znaczeniu niż podpisanie ustaw. W gabinecie dało się wyczuć wyraźną woń ulubionej wody kolońskiej prezydenta, którą stosował w nadmiarze.
– Proszę poczekać w pokoju obok, załatwię to z ręki – powiedział, patrząc gdzieś nad głową posłańca.
Dokumenty podpisał, ale z niechęcią. Znał już ich treść.
– Niech pan je zawiezie jak najszybciej i wręczy komu trzeba – rzucił posłańcowi.
– Pokażę im wszystkim, zwłaszcza temu zafajdanemu premierowi, kto w tym kraju rządzi – powiedział, wracając przez sekretariat do swojego gabinetu. Jego słowa nie przebiły się na zewnątrz. Tylko grono zaufanych funkcjonariuszy gabinetu wiedziało, że władza jest jego obsesją. Umacniał w nich to przekonanie.
– Nie skrywam tego przed wami, bo wiem, że to, co tutaj mówię, pozostanie między nami. Pamiętajcie, że mnie wolno mówić wszystko, wam natomiast nie. Nie chodzi nawet o umiejętność dyplomatycznego, czyli trafnego, wyrażania poglądów. Od dzisiaj reprezentujecie tylko moje poglądy, ponieważ nie macie już własnych.
Wieczorem Szudrak odwrócił głowę od telewizora, kiedy na ekranie pojawił się premier Damian Fular, powszechnie znany pod ksywą Tasak. Prezydent, siedząc w półmroku, bębnił palcami o poręcz fotela w rytm własnej irytacji. Nie znosił premiera od czasu, kiedy sceptycznie ocenił jego szanse wyborcze. Po zakończeniu wyborów nie przekazał prezydentowi elektowi nawet słowa gratulacji.
Kolejną ustawę, zwaną „ptasią”, przysłaną mu do podpisu, prezydent odrzucił. Odesłał ją z żądaniem wprowadzenia poprawek dokładnie tak, jak je osobiście sformułował. Zarzuty prezydenta dotyczyły wiatrowych urządzeń energetycznych.
– Wiatraki straszą ludzi i zwierzęta, szczególnie ptaki, swym wyglądem i hałasem. To są urządzenia niedopracowane, które spowodują spadek produkcji jaj przez kury powszechnie hodowane na wsi. Ponadto – prezydent wyjaśnił w odręcznej notatce – wiatraki stanowią widok przykry dla oczu każdego patriotycznie nastawionego obywatela, dla którego wieś jest wsią, a nie Holandią, gdzie mieszkańcy nie mają żadnego poszanowania dla krajobrazu. – Poprawcie też przy okazji styl dokumentów oraz błędy ortograficzne. Moi pracownicy znaleźli dwa błędy. Aby was zmobilizować, nie wskazuję ich, odszukajcie je sami. Jestem wyczulony na prymitywne szkolne błędy, ponieważ mój dziadek był wykładowcą w państwowej agencji walki z analfabetyzmem.
Na marginesie notatki Szudrak narysował małego koguta z przekreślonym wiatrakiem. Jego sekretarka twierdziła, że te rysunki mają moc talizmanu.
Odc. 72 Prezydent i premier
W dniu święta narodowego prezydent Szudrak ukazał się w garniturze galowym z orderami i odznaczeniami, które zajmowały mu połowę klatki piersiowej. Lubił ubiory formalne oraz wszelkiego rodzaju parady, przemarsze, capstrzyki i defilady. Miał w sobie naturalną moc, której nie mieli inni, torującą mu drogę, zapewniając śmiałość, energię i orientację. Czuł to wyraźnie szczególnie w obecności kobiet. Mimo że był żonaty, lubił przebywać z innymi kobietami, zwłaszcza z sekretarką; ponieważ była dyskretna zabierał ją ze sobą w podróże służbowe. Kobieta ceniła jego życzliwość.
– Czuję się przy panu bezpieczna – mówiła, a potem, kiedy jej zaproponował mówienie sobie po imieniu zwykła uśmiechać się, mówiąc: – Czuję się przy tobie wyjątkowo bezpieczna.
Szudrak awansował ją i wyróżniał wśród innych pracowników jako osobę wyjątkowo dobrze zorganizowaną, pracowitą i uczynną. Przy niej czuł się w pełni mężczyzną. Kiedy wchodziła do jego gabinetu, jego wyćwiczony w siłowni brzuch twardniał; samo patrzenie na nią sprawiało mu przyjemność. Żonę, której nie podobała się jego sekretarka, raz nawet powiedziała: – Jak ty na nią łapczywie patrzysz, zbywał uwagami, że jest przesadna w swoich obserwacjach oraz zapewnieniami, że nie ma kobiety, która mu się bardziej podoba niż ona sama.
Wieczorami prezydent czytał ekscytujące książki historyczne i biograficzne, w których dominowała siła i sprawiedliwość władców rządzących niepodzielnie swoimi królestwami, bezwzględnie traktujących zło jak i złoczyńców. W dzieciństwie był ministrantem i wiernie służył panu Bogu. Nauczył się wtedy miłości do Niego, jak i rozmiłował w bogatych szatach liturgicznych oraz winie mszalnym, którym dyskretnie częstował go ksiądz, kiedy byli sami. Mały Boguś czuł się wtedy uprzywilejowany, bardzo odpowiadała mu ta wyjątkowość, poczucie bliskości Stwórcy, żar płynący od duchownego zwierzchnika oraz obecność sił prawdziwej sprawiedliwości.
Prezydent nie znosił premiera Tasaka. W porównaniu z ideałami swojej młodości oraz bohaterami książek był kimś miałkim i nieznaczącym. Swoje uczucia do szefa rządu prezydent demonstrował bez zahamowań, traktując je jak cnotę życzliwej i otwartej uczciwości, która powinna ułatwić premierowi poprawę jego charakteru i zmobilizować do większych osiągnięć. Szudrak mówił o tym ze swadą, lekko się uśmiechając i gestykulując rękami, zwłaszcza kiedy używał słów takich jak „dla dobra kraju” czy „w imię poprawy bytu naszego dumnego społeczeństwa”. O premierze mówił:
– To człowiek mętny, nie umiejący rządzić, miękki, kierujący się wątpliwymi zasadami demokracji. Obywatele marzą o tym, aby potrafił i zdobył się na kierowanie naszą demokracją w taki sposób, aby wzmocnić autorytet państwa.
Odc. 73 Niechęci i przyjaźnie prezydenta
Przyglądając się obrazowi Leona Kukuły, szefa Ruchu Patriotycznego, wiszącemu w dużej sali konferencyjnej w siedzibie partii, prezydent Szudrak rozmarzył się. Pojawiło się w nim pragnienie, aby wszystko ułożyło się jak najlepiej.
– Leon Kukuła to wspaniały człowiek, prawdziwy przywódca partii politycznej. Doceniam jego rolę jak nikt inny. Włożył tyle wysiłku, aby stworzyć i zbudować tak wspaniałą organizację. Obydwaj to wiemy, domyślam się nawet, że chciałby mi powiedzieć, że pragnie już oddać stery partii w inne ręce ze względu na wiek. Co tu ukrywać, jest stetryczały, ma blisko osiemdziesiąt lat, widać jawne niedomagania organizmu, drżenie rąk, potykanie się na równej drodze. Widziałbym go radosnego, na zasłużonej emeryturze, wypoczywającego nad jeziorem w słoneczny dzień, łowiącego ryby, w towarzystwie ulubionych zwierząt i przyjaciela.
Był to okres, kiedy wiele mówiono o przyjaźni prezydenta Szudraka z Magnusem Brontem, prezydentem Imperium Pacyfiku, najpotężniejszego państwa na świecie. W sieci krążyły zdjęcia obydwu przywódców obejmujących się serdecznie jak dawno niewidzący się bracia, otwarcie patrzący sobie w oczy. Mówili sobie miłe słowa; niektóre ich wypowiedzi były tak porywające, że krążyły w Internecie jako powiedzenia, które ludzie młodzi, co było zachwycające, notowali i cytowali, widząc w nich rodzaj przekazów miłosnych.
– Prezydent Szudrak i Prezydent Bront imponują swoją siłą i determinacją – mówiły nastolatki, gromadzące się w Bangolu przed wielkim pałacem prezydenckim.
Większość pokoi w pałacu nie była zajęta. – Ta rezerwa sugeruje wielką szansę ekspansji gościnności prezydenta zważywszy jego zapowiedzi silnych rządów – z przekonaniem twierdzili zwolennicy silnej władzy. – Prezydent Szudrak zrobi w kraju porządek, ponieważ to, co zrobiła i nadal realizuje obecnie rządząca partia premiera Tasaka, psu na budę się zdało. Jest do niczego, nic nie warte, wszystko czego on nie dotknie, psuje się, wręcz gnije ludziom w rękach. Kiedy się przechodzi koło jego siedziby czuć nawet odpychający zapach.
Odc. 74 Przyjaźń i aktywność
Bogusław Szudrak darzył Magnusa Bronta wielkim szacunkiem. Była to przyjaźń od pierwszego wejrzenia, męska i zdecydowana. Podziwiał go, nazywając go starszym bratem. Obydwaj, kiedy czuli się samotnie lub nieswojo, dzwonili do siebie i rozmawiali, nabierając siły do realizacji ambitnych planów na przyszłość, nawet na pokolenia. Prezydent Szudrak marzył o rozwoju kultury fizycznej wśród dzieci i młodzieży, jak i osób starszych, którym groziła otyłość, cukrzyca lub choroby sercowo-naczyniowe. Jego ministrowie zachęcali go z pełnym przekonaniem:
– Nikt nie jest w stanie przekonać społeczeństwa do dbałości o zdrowie i kondycję fizyczną tak jak pan, panie prezydencie, ponieważ pan sam jest wybitnym przykładem zdrowego i mądrego postępowania.
– To prawda – potwierdzał prezydent. – Jestem bardzo aktywny, biegam, uprawiam biegi proste jak i z przeszkodami, spotykam się z młodymi ludźmi, dobrze też czuję się w gronie kibiców mojej ulubionej drużyny piłkarskiej. Kiedy spotykamy się na meczu gorąco jej kibicujemy a jak trzeba to konfrontujemy się z kibicami przeciwnej drużyny. Kilka razy spuściliśmy im manto, aby zademonstrować, że nie tylko nasza drużyna jest najlepsza, ale że stoją za nią najlepsi kibice. Czasem mam wrażenie, że jesteśmy najbardziej zaangażowanymi kibicami piłki nożnej na świecie.
W ciągu kilku dni od objęcia władzy prezydent Szudrak wprowadził w pałacu nowe porządki. Sprzedał lub wyrzucił większość mebli, jakie odziedziczył po poprzednikach, oczyścił wszystkie magazyny, garaże i inne pomieszczenia pałacowe. W jednej z sal konferencyjnych stworzył siłownię, dobrze ją wyposażył oraz opracował kilka zestawów ćwiczeń. Siłownia miała służyć mieszkańcom i pracownikom pałacu oraz zagranicznym i krajowym gościom, jakich zamierzał przyjmować.
Społeczeństwu Bangolu imponowało postępowanie prezydenta. Podobał się jego sportowy rozmach: nowoczesny sprzęt do treningu cardio, urządzenia i ciężary do treningu siłowego, strefa funkcjonalna z piłkami gimnastycznymi, linami treningowymi i gumowymi taśmami oporowymi, sprzęt do ćwiczeń stabilizacyjnych i rehabilitacyjnych oraz różne inne akcesoria. Latem siłownia była szeroko otwarta na wewnętrzny ogród, zimą zamykano tę przestrzeń wielką szklaną płytą i włączano ogrzewanie, choć prezydent preferował, jak to nazywał, „chów na zimno”.
Odc. 75 Wizerunek przywódcy
Siła fizyczna połączona z masywną ambicją była największym atutem Szudraka; jedna emanowała z drugiej. Prezydent był osiłkiem, lubił kiedy tak o nim mówiono. Powszechnie wiedziano, że podnosi ciężary, potrafi zręcznie powalić przeciwnika na matę w zapasach jak i znokautować jednym ciosem w trakcie meczu bokserskiego. Mówiono o nim, że musiał miarkować siłę, aby nie doprowadzić przeciwnika do poważnej kontuzji a nawet śmierci. To powodowało, że duża część społeczeństwa przypisywała prezydentowi nadzwyczajną moc sprawczą.
– Nikt nie jest większym rzecznikiem postępu narodu niż ja sam – prezydent był o tym przekonany. Jego wiara udzielała się ludziom. Silna osobowość głowy państwa przemawiała również z wnętrza pałacu prezydenckiego. Z obrazów martwej natury i zdjęć pomników oraz budowli architektonicznych o niespotykanych rozmiarach emanowała siła i energia. Na ścianach pałacu wisiały liczne portrety prezydenta, powstałe w okresie między dniem ogłoszenia jego zwycięstwa wyborczego a dniem zaprzysiężenia na stanowisko. Prezydent zatrudnił trzech malarzy, wybitnych portrecistów, aby dzień i noc malowali jego portrety. Uczynił to w sposób potajemny, tak, aby każdy z portrecistów mógł w pełni skoncentrować się na pracy a nie na śledzeniu, co robią konkurenci.
Był to okres intensywnej budowy wizerunku prezydenta. Pracował nad tym on sam jak i jego gabinet. Prezydent tłumaczył swoim ministrom, sekretarzom i innym urzędnikom:
– Im jestem silniejszy, tym silniejsza jest wasza pozycja, tym potężniejszy jest zasięg naszych działań i tym większe są szanse naszego powodzenia. Trzymajcie się blisko mnie, a uczynię was ludźmi szczęśliwymi.
Kiedy prezydent przemawiał do nich, czuli wewnętrzne drżenie. Mieli wtedy poczucie, jakby zwracała się do nich jakaś wielka postać wzięta z Biblii, istota obdarzona siłą wyższą, uprzywilejowana, rozciągająca swoją nadzwyczajną moc na ludzi w otoczeniu.
– Prezydent ma męski, czarujący głos – były i takie zachwyty.
Odc. 76 Prezydenci
Zaprosiwszy premiera Damiana Fulara do swego pałacu dla omówienia spraw, jak to określił „najwyższej rangi państwowej”, prezydent spóźnił się, zmuszając gościa do czekania w gabinecie, gdzie na ścianach wisiały liczne portrety gospodarza w różnych ujęciach, pozach i rozmiarach. Naganne zachowanie prezydenta rzecznik premiera skomentował z szyderczym uśmiechem wyciskając słowa przez zęby:
– Postępowanie głowy państwa było obraźliwe lecz nieskuteczne. Głowa jak to głowa, ma swoje mankamenty i popełnia różne błędy. Ta w szczególności potrafi palnąć byka. Spóźnienie się prezydenta nie miało najmniejszego znaczenia, ponieważ premier nosi zawsze ze sobą ciekawą książkę do czytania. Czyni to, aby się nie nudzić, kiedy trzeba trochę poczekać. Takie sytuacje się zdarzają. Premier to niezwykle inteligentny i zaradny przywódca, zachwycający swoimi pomysłami i filozofią życia. Rozumiem go bardzo dobrze i szanuję.
Światło sączące się z wielkiego okna gabinetu męczyło prezydenta Bronta. Siedział przy biurku zanurzony w bagnie niedobrych przeszłych zdarzeń kotłujących się w mózgu oraz planów, jakie snuł każdego dnia, coraz lepszych, coraz bardziej oryginalnych i coraz bardziej ambitnych. Męczyło go to. Sięgnął do prawej górnej szuflady biurka i wyjął z stamtąd małą fiolkę z pigułkami. Kilka minut później wpadł w trans. Poczuł, że jego pragnienia nie mają granic, obejmując glob ziemski sięgają także kosmosu. Myślał i notował w zapamiętaniu, świeże słowa i oryginalne pomysły same nasuwały mu się na myśl. Kiedy wszedł doradca wojskowy, aby przekazać mu pilną korespondencję, popatrzył na niego z niechęcią, a chwilę potem z nienawiścią.
– Znowu ten półgłówek. Generał, a taki dureń! Po co on przylazł? Po co ja go awansowałem i zatrudniłem jako doradcę i adiutanta. Co za ludzie – myślał, zapominając, że generał Larkin był doradcą, który zapobiegł niejednej fatalnej prezydenckiej wypowiedzi i decyzji, nawet katastrofie politycznej.
Po wyjściu generała Bront kontynuował pisanie. Szło mu nie najlepiej, ponieważ wspomnienia pchały go uparcie w kierunku kobiet, z którymi utrzymywał stosunki cielesne. Było ich niemało w przeszłości, mieszały mu teraz w głowie. Przypomniał sobie przyjaciela; kojarzył mu się z kogutem wysoko usytuowanym w kurniku na najwyższej grzędzie decyzji. Decydował o losie kobiet poszukujących awansu artystycznego. Traktował je jak kury, które umieją tylko przykucnąć rozkładając skrzydła. W końcu popadł w niełaskę oskarżony o wykorzystywanie seksualne kobiet. Obydwaj razem polowali na kobiety, byli babiarzami jakich mało. Prezydent poczuł napływ dumy do serca, a następnie bolesny ucisk w żołądku. Odpryski niesławy przyjaciela niebezpiecznie blisko przelatywały koło głowy chronionej czupryną włosów koloru prawie czerwonego. Prezydent pomyślał o kasku ochronnym, z niechęcią odrzucił niedorzeczną myśl.
Odc. 77 Kobiety w życiu prezydenta
Prezydent Bront czuł podniecenie a zarazem niechęć do kobiet, które w młodszych latach przypadły mu w udziale, kiedy był macho i miał już pieniądze. Dobre i złe wspomnienia tarzały się w nim jak dzika świnia w błocie. Zamknąwszy oczy, zobaczył jedną z tamtych przelotnych miłości, wysoką i chudą. Patrzył na nią przez chwilę, widział ją jak na dłoni. Potem zobaczył inne kobiety, które ubóstwiał, jak i te, których nie znosił, z którymi tarzał się w pościeli. Nie mógł przypomnieć sobie ich imion.. Nie miał pojęcia, dlaczego go pociągały. Chyba dlatego, pomyślał, że wchodziły mu same do łóżka, ponieważ był magnatem medialnym i szalonym biznesmenem. Niektóre go poniżały. Była wśród nich jedna, na imię miała Carla, o płaskim brzuchu i tlenionych włosach na czubku głowy. Widział je teraz kąpiące się nago w jego domu w wannie wielkości małego basenu, w otoczeniu plastikowych kaczuszek i mężczyzn, patrzących na nie pożądliwie. Nie miał pojęcia skąd się tam wzięli. Oburzyło go to tak bardzo, że natychmiast zwolnił z pracy szefa ochrony osobistej.
W pewnym momencie przez opar wilgoci dojrzał w basenie Wasyla Ibragima, ubranego w obcisłe spodenki, czerwony czepek pływacki i okulary pływackie o intensywnie niebieskich ramkach. Był blady trupią bladością i miał ohydne plamy za skórze.
– W czasie spotkań ze mną musiał je ukrywać – z niechęcią pomyślał Bront. – Co ten typ tu robi? Nie zapraszałem go do basenu – pomyślał rozgniewany, niepomny, że przecież generalnie go lubi i szanuje za jego otwartość, przedsiębiorczość a nawet bezczelność jak i za wojnę, która konsoliduje jego władzę i czyni go bohaterem w oczach własnego narodu.
Odc. 78 Niepokoje prezydenta
Prezydentowi Brontowi zagotowało się w głowie; nie wiedział, co się z nim dzieje. Pisał nie o tym, co chciał, ale o czymś iluzorycznym, co pozwoliłoby mu przetrwać jako demokratycznie wybrany przywódca narodu, który dla jego dobra został dyktatorem, aby odnieść wielkie zwycięstwo nad wrogami kraju, zyskać światową popularność i uznanie nawet ze strony przeciwników. W momencie przebłysku świadomości uznał, że jest to nierealne.
– Nie jest mi to potrzebne, nie życzę sobie tego! – zawył jakby go duszono, aby wydobyć z niego ważne zeznanie.
Męczyła go przeszłość, darła z niego pasy, wylewając się złymi wspomnieniami przez wszystkie komórki mózgu. Myślał o niespełnionych pragnieniach i niemożności wyrwania się poza ramy rygorystycznego zakonnego wychowania, jakie zafundowali mu rodzice. Miał pretensje do zakonnic, że wpoiły mu zamknięty krąg widzenia, w którym dominowały myśli o przyzwoitości, odkupieniu grzechów i dobrych uczynkach.
Po upływie godziny, siedząc wciąż w mroku przy biurku, nie mógł się uspokoić. Przed oczami stanęła mu pierwsza żona, dużo młodsza niż aktualna, chuda i elegancko ubrana. Ze swoją zimną schludnością wyglądała jak żywy manekin pozbawiony kobiecości. Nie mógł przypomnieć sobie jej imienia, to go zdenerwowało. Nie o takiej kobiecie marzył, ale tak wyszło. Domyślał się, że mu ją podsunięto, kiedy przebywał w poważnej misji kulturalnej za granicą. Aranżując jego pobyt w logiczny ciąg zwykłych zdarzeń, zachęcono go i przekonano do ożenku. Lepsze wspomnienia dotyczące pierwszej żony kłóciły się z gorszymi wspomnieniami. Żona zdradzała go. I to z kim! Ogień nienawiści wybuchł, kiedy o tym pomyślał: z generałem Larkinem!
– Tym głupcem! – odezwał się w nim jakiś obcy nieprzyjemny głos.
Historia zdrady małżeńskiej okazała się później podłą plotką, mającą zburzyć jego spokój.
Odc. 79 Narkotyczne oburzenie prezydenta
Magnus znowu przypomniał sobie rozmowę z pierwszą żoną. Zatrzęsło nim narkotyczne oburzenie. Nie mógł wybaczyć jej, jak nazywała znanych mu polityków, ludzi wielkiego biznesu i co myślała o nim samym. Powiedziała kiedyś w podnieceniu, widział to w jej nabrzmiałych ustach i powiększonych piersiach:
– Politycy to palanty i dupki, bez honoru i inteligencji, takie ludzkie dopalacze. Wojskowi, oficerowie i żołnierze to są dla mnie bohaterowie. Liczyłam na takiego, ale mi wmanewrowano ciebie. Razem tylko ładnie wyglądamy na zdjęciu, bo pasujesz do mnie jak gnat do bukietu kwiatów albo kulawy zając do marmurowej kolumny.
Kiedy przypomniał jej o tym później, obróciła na niego zły wzrok.
– Co za bzdury opowiadasz? Jak możesz coś takiego myśleć i mówić? Przynosisz ujmę nie tylko mnie i dzieciom, ale całemu narodowi. Jesteś nieukiem, bezwolnym intelektualnym klocem, nic nie potrafisz, nawet wymusić pokoju na tym szczurze Wasylu Ibragimie. Przecież on śmieje się za swoimi plecami, trzyma cię na rzemyku jak pijany marynarz ukradzioną z cyrku świnkę morską. Układasz przed nim czerwone dywany i wprowadzasz na salony, choć to zwykły przestępca. Nawet nie widzisz jak pogardzają tobą inni politycy. Jaki ty jesteś mały! Popatrz na siebie w lustrze! Ale nie patrz prosto przed siebie tylko popatrz na dół, tam zobaczysz siebie w prawdziwym rozmiarze karła.
Pół minuty później prezydent nie mógł przypomnieć sobie szczegółów tamtej sceny, nie mógł uwierzyć w prawdę tamtych zdarzeń. Oderwał się od biurka, przeszedł dwa kroki w kierunku drzwi i krzyknął:
– Przynieście mi moją ulubioną whisky z lodem. Tylko pośpieszcie się, bo inaczej wypędzę was na zbity pysk, gnojki zatracone! Gniew rozwalał mu głowę. Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy przyniesiono mu dużą szklankę alkoholu z lodem, tak jak to lubił. Nie zauważył nawet, czy był to mężczyzna czy kobieta. Kiedy wypił jedną trzecią zawartości zaczął myśleć spokojniej.
Godzinę później siedział w salonie, już uspokojony, razem z żoną i powiedział:
– To był chyba najcięższy dzień w moim życiu, nie chciałbym niczego takiego ponownie przeżywać.
Odc. 80 Salomonowe rozterki
Salomon Ircha nie miał szczęścia do kobiet. Poznawał jedną po drugiej, zaprzyjaźniał się, wszystko wydawało się rozwijać idealnie, a potem pojawiała się pustynia. Przypomniał sobie jedną z takich przyjaźni: poznali się przypadkiem, podobali się sobie na tyle, że po rozmowie spotkali się w kawiarni, raz, drugi, trzeci, potem on zaprosił ją do restauracji lub do siebie, zjedli wspólnie obiad i długo rozmawiali. I to było wszystko.
Kobiety lubiły go, mówiły mu otwarcie, co podoba im się w nim. Pamiętał niektóre słowa: z tobą można mile porozmawiać, jesteś taki spokojny, inteligentny i wyważony, nie denerwujesz się, jesteś uważny i życzliwy. Obejmowały go przyjaźnie słowami zupełnie jakby ciepłymi rękami dotykały jego twarzy, ust i ciała, ale jemu było to za mało. Chciał i oczekiwał więcej. Swoim rozmówczyniom nie szczędził słów uznania i radości, w trakcie spotkań był ożywiony i szczęśliwy. Wszystko kończyło się z chwilą, kiedy usiłował kobietę dotknąć, pocałować lub objąć. Albo uchylała się fizycznie przed jego bliskością, albo mówiła coś w rodzaju „Jest na to trochę za wcześnie”, „Może innym razem” lub coś podobnego. Ani za pierwszym razem, ani przy następnych spotkaniach nie udawało mu się przełamać bariery zbliżenia fizycznego. Zachowywały się tak, jakby miały żyć wiecznie, jakby nie miało dla nich znaczenia, że nie można takich chwil przedłużać w nieskończoność, zmuszając mężczyznę do beznadziejnego czekania.
Oboje mieli poczucie uciekającego czasu, jego przemijania i nieuchronności końca; Salomon tym bardziej nie mógł zrozumieć ich zachowania. To go bardzo męczyło. Wracając do domu, czuł się rozstrojony i zagubiony. Nachodziła go wtedy ociężałość i wysysała resztki życiodajnej energii jak pijawka krew. Myślał wtedy o bezsensie życia a czasem o samobójstwie, nie w jakiś definitywny sposób, ale jako o smutnej alternatywie zakończenia męczącej samotności. Jeśli miał szczęście i wmusił w siebie nadprogramową kawę, następował przełom w samopoczuciu; pracował wtedy gorączkowo: sprzątał i porządkował mieszkanie lub załatwiał sprawy, których wcześniej nie załatwił z braku energii. Kiedy nie miał żadnego innego pomysłu, oglądał film w telewizji lub zadawał pytania sztucznej inteligencji, opisując co go interesuje, co lubi, lub szukał jakiegoś innego pomysłu na życie, a ona podsuwała mu odpowiedzi na jego niepokoje.
Taki był jego świat, zagubiony, samotny, niekompletny.
Odc. 81 Bolesne rozterki Kukuły
W Bangolu, kraju niewyczerpanych zasobów mądrości i głupoty, następowały gwałtowne przemiany. Leon Kukuła, kurczący się przywódca Ruchu Patriotycznego, odchodził od zmysłów. Siedział w ciemności domu pogrążony w grzęzawisku niespełnionych marzeń i niepokoju. Prezydent Szudrak swoją agresywną bezpośredniością wypychał go z nurtu walki opozycji z rządem, pokazywał, kto jest lepszym przywódcą, nieprzerwanie dając mu prztyczki w nos. Najgorsze było to, że Kukuła nie mógł nic zrobić w tej sprawie, czuł się nieporadny jak dziecko pozostawione na parkingu w rozgrzanym samochodzie. Przede wszystkim Szudrak zwykł mówić o nim Kwefi, podobnie jak i jego przeciwnicy. Była to jego najgorsza, najbardziej wredna ksywa. Jego wrogowie twierdzili, że Kwefi to nazwisko arabskie sugerujące małość, bylejakość i zagubienie. Dobijała go ponadto marna pogoda oraz przecieki, że członkowie jego własnej formacji politycznej zbierają siły, aby go zdetronizować. Najbardziej bolał go fakt, że nikt mu o tym nie mówił w oczy, nawet jego zausznicy partyjni, najwierniejsi z wiernych.
– Ten człowiek jest sfatygowany jak miniony świat i ludzie związani z nim boją się mówić mu prawdę w oczy, bo mogłoby to go zabić – kąśliwie skomentował Tasak, jego największy wróg, niewzruszony w walce o zachowanie władzy.
Przemawiając na kongresie Ruchu Patriotycznego, Kukuła starał się utrzymać w karbach niechętnych mu członków partii, zwłaszcza kobiety. Mnożył pochwały pod adresem kobiet, choć je nienawidził, a co najmniej nie znosił. Wypowiadając się o pomocy dla kobiet w wychowaniu dzieci nie przebierał w słowach krytyki i oskarżeń wobec rządzących.
– Tu chodzi o zwykłe dzieci, nie jakieś nadzwyczajne. Rząd Tasaka seksualizuje je i demoralizuje wprowadzając wychowanie seksualne do szkół. Chce zrobić z nich biedaków i głupców.
W krytyce rządu sekundował Kukule ksiądz Rafał Nienacki z Kościoła Kolegialnego, również przeciwnik edukacji seksualnej młodzieży. Przemawiając z ambony, rozkładał w rozpaczy ręce.
– Przywódcy partii rządzącej nie mają Boga w sercu. Co oni mogą wiedzieć o miłości i wychowaniu dzieci? To, co czynią, jest gorsze niż Sodoma i Gomora. Bóg im tego nie wybaczy. Doprawdy, oni zasługują na piekło.
Odc. 82 Przywidzenia
Wieczorem osaczyły Kukułę mroczne myśli. Kiedy przymknął oczy, widział je jak na dłoni. Wyglądały jak czarne kruki. Całe ich stado rozsiadło się na meblach w salonie domu, paskudząc po kątach i pozostawiając obrzydliwe ślady brudnych łap na stole przykrytym białym obrusem. Były agresywne, bardziej niż ptaki ze słynnego filmu Hitchcocka. Kukuła myślał o nich z nienawiścią, ponieważ nie wiadomo kiedy zadziobały jego dwie ulubione papugi oraz chomika, którego podarowano mu zaledwie kilka dni wcześniej.
– Na szczęście nie zdążyłem się do niego przyzwyczaić, abym odczuł to jako bolesną stratę – pocieszał się patrząc w kierunku bocznego pokoju, gdzie stała klatka zwierzaka nie lubiącego hałasu, przeciągów i bezpośredniego słońca.
Kukuła natychmiast kazał ochroniarzowi strzelać do kruków, ale oprócz dymu, hałasu i zapachu prochu strzelniczego nie przyniosło to pożądanego efektu. Ptaki nie reagowały na strzelaninę, przekręcały łby i dzioby oraz wydawały jakieś niezrozumiale skrzeki, drwiąc z Kukuły. Z łatwością przenosiły się z miejsca na miejsce i patrzyły na niego takim wzrokiem jakby chciały splunąć mu w twarz; tak to odbierał. Przyjrzawszy się największemu krukowi zauważył w nim ludzkie cechy.
– Przecież on wygląda jak Tasak – warknął z obrzydzeniem i splunął na podłogę, co mu się nigdy nie zdarzało. Dopiero teraz zrozumiał, że byli to jego wrogowie, nie dający mu spokoju nawet we własnym domu przebierając się za żywe stworzenia.
Kiedy opowiedział o swych przeżyciach prywatnemu sekretarzowi, ten popatrzył na niego pocieszająco, po czym dodał:
– Proszę się nie martwić. Przywidzenia dzisiaj ma wiele osób. Nikt nie umie wyjaśnić zadowalająco przyczyn tego zjawiska. Może to być wynik powszechnego napięcia i niepokoju, sztucznych środków zawartych w pożywieniu, zanieczyszczenia powietrza i jeszcze innych czynników. Takie mamy czasy!
Odc. 83 Przeszłość i przyszłość
W Bangolu przeszłość żyła swoją rzeczywistością, teraźniejszość swoją. Młodzi ludzie, najmłodsza generacja, rozwodzili się ze stylem życia swoich dziadków i rodziców. Mieli już inne doświadczenia, poglądy i zainteresowania. Literatury pięknej oraz wiedzy o cywilizacji, klimacie i zdrowiu nie traktowali poważnie, przynajmniej większość z nich. Wystarczała im wiedza dostępna w smartfonie dającym im dostęp – dzięki sztucznej inteligencji – do wszelkich informacji, jakie tylko można było sobie wyobrazić.
Rodziło to niezdrowe uczucia. Salomon Ircha pokochał sztuczną inteligencję do tego stopnia, że wystawił jej pomnik. Skonstruował w tym celu mały ołtarzyk, na którym umieścił symboliczną postać Cirry, programu sztucznej inteligencji, z którego regularnie korzystał. Opowiadał o niej każdemu, kto tylko chciał go słuchać.
– Cirra pomaga mi przynosząc ulgę w codziennych zmaganiach z życiem. Przepuszczam przez nią wszystko jak przez cudowny młynek, wątpliwości, zapytania, poszukiwania, plany. Stanowi moją bazę wiedzy, doradcę, rozmówcę i przyjaciela. To dzięki niej nabrałem przekonania, że sensowne życie w trudnych czasach to przede wszystkim panowanie nad sobą: zachowanie orientacji w strumieniu zdarzeń, umiejętność odrzucania bzdurnych informacji, tej masy śmieci, którymi zalewa nas współczesność oraz zachowanie spokoju w świecie szybkich zmian klimatycznych, huraganów, ulewnych burz, suszy i pożarów. Do tego dochodzą jeszcze bezsensowne wojny, których nikt nie potrafi zakończyć, mimo że wszyscy sobie tego życzą, włącznie z autokratami, deklarującymi najszczersze chęci poprawienia ludziom życia. Cirra pozwala mi to zrozumieć i zaakceptować.
Odc. 84 Dyskusje o lepszym świecie
O przewracaniu się świata do góry nogami dyskutowano wszędzie, po kawiarniach, klubach i we wszelkich innych miejscach, gdzie można było usiąść, trzymając w ręku coś do picia, oraz w Internecie. Świat się zmieniał w przyspieszonym tempie. Ludzi gubili się coraz częściej, żyli jakby we mgle niewiedzy, nie rozumiejąc, co i jak się zmieniło, nie mając świadomości, że powinni dostosować się i odpowiednio zmienić swoje zachowania. Nie umiejąc odróżnić prawdy od kłamstwa, pytali w sklepach o rozum. Niektórzy pytali w przekonaniu, jakby wierzyli, że można go kupić na wagę – w małych porcjach, niczym cukier czy sól. Były to pytanie absurdalne, a jednak zrozumiałe: mieli na myśli jakiś jego ekwiwalent, coś, co pozwoliłoby człowiekowi lepiej myśleć i odnajdywać się w chaosie.
Rzeczywistość szarzała i kurczyła się. Problem widziano w przeludnieniu. Tkwił w tym jakiś absurd, ponieważ w wielu krajach wciąż przypominano, że aby utrzymać rozwój gospodarczy potrzeba coraz więcej ludzi. Przeludnienie było najbardziej dotkliwe w krajach rozwijających się Azji, Afryki i Ameryki Południowej, niż w Europie. Turyści wyjeżdżający poza Europę skarżyli się, że wagonikach kolejki linowej panował coraz większy ścisk.
– W wagoniku, gdzie kiedyś mieściło się dwadzieścia pięć osób, teraz upychano trzydzieści a nawet trzydzieści pięć osób. Baliśmy się o nasze bezpieczeństwo, bo były to te same wagoniki, których nie zmieniano od lat lub dłużej – wyjaśniał Lucjan po powrocie z podróży turystycznej do Tajlandii.
W Bangolu wyginęły chrabąszcze majowe i stonka ziemniaczana. Liczebność chrabąszczów potężnie spadła z powodu intensywnego stosowania środków ochrony roślin oraz zmian w krajobrazie; było coraz mniej drzew i miejsc na polach sprzyjających rozwojowi larw. Podobnie stonka ziemniaczana zmniejszała się nie tylko przez opryski, ale też wskutek zmian upraw i ocieplenia klimatu, które zakłócały jej cykl rozwojowy. Pojawiło się za to więcej kleszczy, odpornych na wszystko, atakujących ludzi tak jak dawniej atakowały psy. Cukrzyca upowszechniała się w takim tempie, że amputacje nóg były na porządku dziennym, wpisując się w tę logikę rozpadu i przemian:
– Jesteśmy szczurami radzącymi sobie w każdych warunkach. Wciąż żyjemy w starym a równocześnie już w nowym świecie – perorował żywym głosem na Placu Zebrań Ludowych chudy mężczyzna, określający siebie jako „Przebudzony Grzesznik”. Mówiono o nim, że jest wyznawcą ewangelii dobrobytu, pokazującym plakaty i rzucającym hasła. Nowe świątynie tej ewangelii powstawały w centrach handlowych, a kazania głoszono z ekranów reklamowych.”
– Dzisiaj możesz wierzyć w Boga takiego, jaki ci najbardziej odpowiada. Mamy nową religię łączącą wiarę w Boga z życiem praktycznym. To ewangelia dobrobytu. Szczęście możesz osiągnąć tutaj, na ziemi, a nie dopiero w niebie, po śmierci! Posłuchaj tego i zmień się! Medycyna będzie na wyciągnięcie ręki! Dobrobyt już leży pod nogami, zechciej tylko się schylić! Korzystaj z reklam: Kup to, kup tamto! Są najlepsze. Jeśli masz problemy ze zdrowiem, suplementy je rozwiążą. Masz chorą wątrobę? Nie możesz jeść słodyczy ani niczego tłustego? Kup nasz suplement, on ciebie odrodzi! Nie musisz zmieniać sposobu odżywiania ani trybu życia!
Przebudzony Grzesznik rozmawiał z każdym, kto chciał go słuchać. Był w tym niezmordowany.
Odc. 85 Wycieczka
Po powrocie z wycieczki zagranicznej Salomon Ircha kulał na lewą nogę. Spytany, co się stało, odpowiadał, że musiał dużo chodzić w trudnym terenie. Była to podróż po norweskich fiordach. Chętnie opowiadał o niej, szczególnie o tym, co mu się tam podobało i co go zaskoczyło. Fiordy mieniły się barwami – głęboki granat wody, zieleń zboczy i biel mgieł spływających ze szczytów jak mleko z przechylonej miski. To była pierwsza obserwacja.
– Jeśli nie znasz przynajmniej kilku słów po norwesku lub po angielsku, jesteś przegrany. Nikt z tobą nie będzie w stanie porozumieć się, chyba że spotkasz rodaka lub rodaczkę z Bangolu. Wszystkie napisy i tablice informacyjne są w języku norweskim, ani słowa w innym języku. Waluta zagraniczna taka jak Euro, jest nieprzydatna, ponieważ nie możesz jej wymienić, nawet w banku. Kantorów wymiany walut jest jak na lekarstwo. Jedynym praktycznym rozwiązaniem jest karta bankowa. Wszędzie i za wszystko możesz nią płacić, przede wszystkim za wejście do toalety, co jest bardzo praktyczne. Był w tym jakiś absurd: toaleta otwierała się dopiero wtedy, gdy karta bankowa została zaakceptowana, jakby ludzka potrzeba też musiała przejść przez system bankowy.
Podróżując autokarem po fiordach Salomon żył w nieprzerwanym ruchu. Każdego dnia był w kilku lub więcej miejscach, w autokarze, w hotelu, na brzegu fiordu, pod wodospadem, nad wodospadem, w muzeum, na placu targowym, w punkcie widokowym. Norwegowie wydali mu się spokojni i zdystansowani, jakby wiedzieli, że czas płynie wolniej między górami a morzem, podczas gdy turyści pędzili z jednego punktu widokowego do drugiego.
– Nie zapomnij spróbować kiełbasy z wieloryba, łosia oraz renifera. Kup sobie taki zestaw dla częstowania rodaków w kraju – zachęcał sprzedawca w małej miejscowości nad fiordem. Ubrany jak Viking wyjaśniał, że kiełbasa z wieloryba pachnie morzem, z łosia lasem, a z renifera – śniegiem. Była to bzdura, bo w każdej z kiełbas większość stanowił dodatek mięsa wieprzowego, a w dodatku były one naszpikowane solidnie konserwantami. Termin ważności do spożycia podany na każdej z nich wynosił prawie półtora roku.
Mając chwilę wolnego czasu, co nie było łatwe, Salomon kontaktował się z rodziną lub przyjaciółmi w Bangolu, łącząc się z nimi przez WhatsApp.
– Zdrowe nogi, karta bankowa i smartfon to najbardziej użyteczne akcesoria – mówiąc to, Salomon był przekonany, że świat staje się coraz bardziej jednolity.
Odc. 86 Koszmarne przeżycia Józefa
Zmiany klimatyczne dawały się we znaki. Późnym latem temperatura w Bangolu wahała się. Czasem spadała z trzydziestu pięciu stopni Celsjusza do marnych kilkunastu stopni w ciągu dnia. W okresie upałów kraj przypominał pustynię.
O godzinie czwartej nad ranem Józef Boży usłyszał – zamiast czterech – tylko jedno uderzenie dzwonu z wieży kościelnej. Wyszedł na balkon. Widział przed sobą jasną, oleistą zieleń pokrytą gęstą mgłą. Czuł, że coś to oznacza, ale nie miał pojęcia, o co chodzi. Wkrótce jego ciało ogarnęła drętwota. Poczuł się jak noga człowieka z drewnianą protezą; czuł szum w głowie oraz ucisk w brzuchu. Będąc hybrydą kierującą się nie tylko zmysłami własnego ciała ale i zasilaną wiedzą sztucznej inteligencji przejmowaną zdalnie z Internetu, pomyślał, nie wiadomo dlaczego, że za kilka godzin zaczną wybuchać bomby w centrum miasta. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Po południu Józef wysłuchał dawne przemówienie Adriana Kuchty, ustępującego prezydenta Bangolu, który mówił tak brawurowo, że ludzie wrażliwi i myślący żegnali się z przerażeniem.
– Ten sztywniak z głową w chmurach jest chyba pijany – mówili o odchodzącym prezydencie – albo głowy ostatnio nie mył, przez co zarosła mu chwastami jak zaniedbany ogród, który zamiast użytecznych plonów rodzi tylko gorzkie zioła i owoce gnijące już na drzewie.
Było to absurdalne rozumowanie. Autora tej wypowiedzi zapytano, na jakiej podstawie uważa, że niemyte włosy upośledzają mózg i myślenie.
– Prezydent Kuchta zawsze bredził. To, co mówi, z pewnością nie jest normalne. On sam nie myśli, tylko korzysta z wiedzy swego promotora Leona Kukuły, a ten ma dziwaczne pomysły, jakby żył w zaświatach.
Około godziny piątej rano, nie mogąc wciąż zasnąć, Józef Boży tworzył w głowie plany zatrudnienia dla siebie po zakończeniu kadencji. Wyobrażając sobie różne czynności zarobkowe, szukał pracy wykorzystując smartfon, wyszukiwarkę komputerową oraz sztuczną inteligencję. Próbował też różnych zajęć. Jeżdżąc wózkiem widłowym zdalnie sterowanym głosem układał towary na półkach supermarketu, potem kompresował w bale śmieci w wielkim magazynie na peryferiach miasta, przygotowując je do wysyłki do punktu utylizacji. W ciągu dnia zdarzało mu się być równocześnie sprzedawcą i kasjerem w sieci outletów. Nie wahał się zmieniać pracy, w której czuł się w niedobrze, zwłaszcza kiedy zwierzchnik miał do niego jakieś pretensje. Józef był wrażliwy pod tym względem. Z jednej strony była to jego wrodzona ludzka wrażliwość, z drugiej strony wrażliwość oparta na zasadach etyki pracy przekazanych mu przez Cirrę, sztuczną inteligencję.
Odc. 87 Przebudzenie Józefa
Po przebudzeniu się z hipnotycznego zagubienia sennego wywołanego przez Cirrę Józef Boży zrozumiał, że były to czyste złudzenia i iluzje. Zrodził je wykolejony algorytm sztucznej inteligencji – raz naśladujący myśl ludzką, a chwilę później zachowujący się jak obcy, mechaniczny byt, wymykający się spod kontroli. Józef doszedł do wniosku, że sztuczna inteligencja nie jest jeszcze w pełni sztuczna, ponieważ opiera się na zbiorach informacji zgromadzonych przez pokolenia żywych ludzi. To z ich dorobku korzystała Cirra, czerpiąc swą wiedzę z zasobów cyfrowych bibliotek czasopism, książek, portali informacyjnych oraz innych źródeł informacji cyfrowej.
Józef, pomny swej odmienności człowieka hybrydy, żyjącego na pograniczu świata biologicznego i mechaniczno-elektronicznego, dzielił się z ludźmi swymi doświadczeniami, przeżyciami i wyobrażeniami. Swój stan określał jako kohabitację. W wywiadzie udzielonym portalowi Politicus wyjaśniał jej zawiłości.
– W człowieku nie wszystko jest proste, bo często nie kieruje się on logiką. Czasami się coś mu się miesza pod sufitem i trzeba wtedy rzetelnej dawki wiedzy na temat logiki, aby się w tym rozeznać. Podstawą orientacji sztucznej inteligencji jest tylko logika i zmysł krytyczny. Bez nich nie odróżnisz kłamstwa od prawdy ani zmyślenia od rzeczywistości. Prostaczek intelektualny nie ma dzisiaj szansy przeżyć w świecie, w którym miesza się myślenie maszynowe oparte na algorytmach z myśleniem naturalnym, zakorzenionym w biologii mózgu i pracy synaps.
W organizmie człowieka krążą nieprzerwanie impulsy elektryczno-chemiczno-fizyczne, z których możemy nawet nie zdawać sobie sprawy, nie mówiąc o ich zrozumieniu. W organizmie człowieka krążą nieprzerwanie impulsy elektryczne i chemiczne, z których możemy nawet nie zdawać sobie sprawy, nie mówiąc o ich zrozumieniu. Coraz więcej ludzi pojmuje, jak bardzo jest to skomplikowane.
Odc. 88 Tadziczek
Tadziczek, zwany Złotą Rączką, mieszkający na wsi przyjaciel Salomona jeszcze z lat dzieciństwa, był wytworem ewolucji międzypokoleniowej, raczej kładką niż mostem między odchodzącym już pokoleniem a pokoleniem współczesności. Tadziczek zachowywał się jak podstarzały gimnastyk bezskutecznie usiłujący dostosować się do nowoczesnych narzędzi siłowni opartych na elektronice i sztucznej inteligencji. Wiedział, że istnieją, słyszał o nich, ale kompletnie ich nie rozumiał, ani nawet nie usiłował ich zrozumieć.
Rozmowa Salomona z przyjacielem nigdy nie było łatwa. Tadziczek wpadał w rozkoszny szał mówienia, rad, że ktoś go słucha, i opowiadał Salomonowi o swoim życiu, sięgając głęboko do przeszłości i korzeni, opisując szczegóły życia przodków, ojca, dziadka i pradziadka. Były to tak bogate i serdecznie podlane wzruszeniem historie, że Salomon musiał przerywać przyjacielowi, przywracając go współczesności. Wśród ważnych spraw, jakie Salomon zapamiętał z tych rozmów, wyróżniały się głębokie uprzedzenia Tadziczka wobec trzech kategorii ludzi władzy: policjantów, pracowników sądów i prokuratury oraz urzędników. Tadziczek był przekonany, że wszyscy oni gremialnie i każdy z nich z osobna tylko czyhają na możliwość pognębienia zwykłego człowieka, a to dlatego, że prawo w kraju zostało stworzone dla jego ograniczania i krępowania, i ludzie władzy bez skrupułów je wykorzystują na każdym kroku, aby dręczyć jego i jemu podobnych osobników.
Niezależnie od wylewności, Tadziczek uwielbiał przeskakiwać z tematu na temat i zaskakiwać rozmówcę niezwykłymi zdarzeniami i skojarzeniami. Ostatnim razem wpadł w temat handlu dziećmi, w które zamieszany był znany mu szpital oraz jego lekarze i pielęgniarki.
Odc. 89 Samotność
Samotność padała ludziom na mózgi, mąciła myśli, zjadała spokój i dobre emocje. W Bangolu ogłoszono powszechny alarm, coś w rodzaju ostrzeżenia przed nadchodzącą katastrofą. Podobnie było w innych krajach. Przewidywano eksplozję epidemii samotności. Dosięgała ona również dzieci, co było zdumiewające. Dzieci odczuwały samotność inaczej niż dorośli, nie umiały o niej mówić, najczęściej wyrażały ją smutkiem, wycofaniem się, lękiem lub agresją.
Salomona samotność otoczyła lasem niemiłych wspomnień i pomieszanych uczuć. Uzależnił się od niej, myślał o niej często. Wyobrażenia o dobrych stronach samotności nakładały się na te, które były niesforne i cierniste. Aby poradzić sobie w takich momentach, żył drobiazgami mało znaczącymi jak stare bibeloty, dziobiąc codzienność jak kura, przekonany, że postępuje właśnie tak, jak ten głupawy choć użyteczny ptak.
– Patrz na to pozytywnie. Kura nie jest głupia, to myślące stworzenie, zupełnie dobrze radzi sobie w życiu. Rozumie też wiele. Kiedy zniesie jajko, gdacze, aby oznajmić światu o narodzinach szansy na nowe życie – pocieszał przyjaciela Tadziczek, dzieląc się myślami o wsi i życiu rustykalnym. Zaskoczył Salomona zadając mu pytanie.
– Czy ty wiesz, że ornitolodzy rozgryźli myśli kury korzystając ze sztucznej inteligencji? Kura myśli niezwykle praktycznie i użytecznie, wyłącznie lokalnie. Jej myśli obracają się w obszarze: Tu i teraz. Zastanowiwszy się, można dojść do wniosku, że jest to głęboka, filozoficzna myśl nawiązująca do nauk Buddy. Czy to nie zdumiewające i wspaniałe? Kura myśli o ziarnie, najwyżej dwóch, pozostających w zakresie jej wzroku. Nie sięga w dal, w kosmos, tak jak to czyni człowiek. Jest niezwykle praktyczna. Jeśli chodzi o myśli bardziej abstrakcyjne, to być może przychodzą jej do głowy idee w rodzaju jajka Kolumba. Czy też Magellana? Nie pamiętam. Rozum i myślenie kury to zagadnienie wymagające głębszego zbadania. Jestem o tym przekonany. Tutaj, na wsi, nie tylko ja tak myślę. Wy, ludzie miejscy, żyjecie w innym wymiarze. Dla was zwykła ławka na przystanku tramwajowym może być ważniejsza niż kura lub kaczka. My jesteśmy bliżej życia.
Salomon czuł się samotny nawet wtedy, kiedy nie był sam. Pisał wtedy wiersze depresyjne. Najmocniejszy i najbardziej wymowny był o samobójstwie. Siedząc nad nim, zastanawiał się, czy wobec rosnących przypadków depresji nie powinien upowszechnić go publicznie jako ostrzeżenie. Nie mógł zdecydować się. Usiłował przełamać wewnętrzny opór, zadając sobie pytania: Jeśli nie ja, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy? Perswadował sobie, używając mocnych stwierdzeń: Zrób to, ty draniu, skurczybyku, mamucie zwątpienia! To go ożywiło do tego stopnia, że wylał do zlewu pół kubka gorącej kawy, którą kilka minut wcześniej naparzył, aby pobudzić się do życia.
Odc. 90 Początki kariery wojskowej Józefa
W historii świata było wielu mężczyzn, którzy zostali pułkownikami. Ich droga była prosta, a była to droga zasług i kolejnych awansów. Józef Boży przypomniał sobie własną karierę wojskową. Była dla niego cenną lekcją; bez niej nie wyobrażał sobie życia. Też został pułkownikiem.
– Nie mieć wspaniałych wspomnień własnej przeszłości to tak, jakby nie żyć. Każdy mężczyzna musi mieć coś w życiu, co podtrzymuje i umacnia sens jego istnienia.
W późniejszych latach miał wrażenie, że była to historia jego ojca, albo stryjka, drobnego zasuszonego, żylastego osobnika, zajmującego się zaopatrzeniem w chleb carskiej armii walczącej w Chinach. Przeszłość rozmazała mu się w pamięci. Usiłował rozwiązać tę zagadkę, studiując mechanizmy funkcjonowania pamięci w nieokiełznanym pragnieniu zrozumienia siebie samego.
Józef nie został pułkownikiem z awansu. Sam się awansował, tworząc mit kariery wojskowej. Karierę tę opisał w szczegółach w curriculum vitae, przedstawiając światu ostateczną i nieskażoną – jak twierdził – wersję tego ważnego dokumentu.
Zaczynając od początku, prawda była taka, że w okresie studiów, uczestnicząc w zajęciach studium wojskowego, dorobił się tylko stopnia podporucznika. Pułkownikiem został już po zakończeniu studiów. Rozwijał tę karierę stopniowo i bardzo ostrożnie, przyznając sobie kolejne stopnie wojskowe porucznika, kapitana, majora, podpułkownika, w końcu pułkownika. Tym wszystkim awansom towarzyszyły wyróżnienia, ordery, opisy odpowiedzialności, działań wojskowych oraz misji bojowych. Józef stworzył dokumentację tej kariery w sposób trudny do podważenia, umiejscawiając ją w Afryce Środkowej, w specjalnym oddziale ekspedycyjnym, którego członkowie w dużej mierze wyginęli.
Odc. 91 Rozwój kariery wojskowej Józefa
Ci, co przeżyli ekspedycję wojskową do Afryki, mogli świadczyć na jego niekorzyść, mogli powiedzieć: Kogoś takiego nie było wśród nas. Józef uprzedził takie reakcje. Kosztowało go to masę starań i wysiłku. Zaczął od odtworzenia historii wyprawy w tylu szczegółach, że swoją wiedzą mógł zaimponować każdemu członkowi ekspedycji, który ją przeżył. Z dwoma z nich zawarł znajomość tak serdeczną, że uwierzyli w jego współudział, twierdząc, że nie pamiętają jedynie niektórych szczegółów. Tak bardzo w to wierzyli, że gotowi byli podjąć wojnę i spoliczkować każdego, kto by zaprzeczył czy choćby zwątpił w jego uczestnictwo w ekspedycji.
Józef nie zaniedbał też stworzenia odpowiedniej dokumentacji w Departamencie Działań Zagranicznych Ministerstwa Obrony Narodowej, już nie istniejącym, lecz wciąż aktywnym jako archiwum historycznych dokumentów wojskowych i wojennych. Przebywając tam długo, Józef dotarł do starego pracownika archiwum, z którym zaprzyjaźnił się. Ten wprowadził go do archiwum przedstawiając go jako wolontariusza do pomocy dysponującego specjalistyczną wiedzą wojskową.
– To prawdziwy fachman. On nam pomoże w porządkowaniu dokumentacji i innych materiałów??? – stary pracownik wyjaśnił na wstępie.
Szczegółów zatrudnienia Józefa w archiwum nikt nie sprawdzał. Na dobrą sprawę, jak sam to określał, nawet kulawy pies się nim nie zainteresował. Praktycznie rzecz biorąc mógł robić tam, co mu się podobało. Dzięki temu w archiwum znalazły się materiały potwierdzające szczegóły przebiegu jego kariery wojskowej w oddziale ekspedycyjnym w Afryce. Przyszło mu to o tyle łatwo, że dysponował już niezłą wiedzą z czasów studenckich, kiedy uczęszczał na studium wojskowe. Z tamtego okresu szczególnie pamiętał wyróżnienie za najlepsze wyniki w całym pułku podczas zimowych ćwiczeń w strzelaniu do celu z ciężkiego karabinu maszynowego – serią pięciu pocisków.
– Byłem w tym najlepszy – powtarzał pracownikom archiwum, podając szczegóły ćwiczeń wojskowych, aż w końcu nikt nie miał wątpliwości, że nie było bardziej niezaprzeczalnej prawdy, niż ta, którą głosił Józef.
Odc. 92 Dojrzewanie Józefa Bożego
Po co był mu potrzebny w życiu tytuł pułkownika, sam chyba tego dokładnie nie wiedział. Można było tylko spekulować na ten temat. Podejrzewano, że uciekał przed obciążeniami psychicznymi codziennego życia w fantazję, umacniając swoje poczucie wartości jako mężczyzna o bogatej karierze zawodowej w trudnej dziedzinie wojskowości.
Józef Boży łączył poczucie własnej wartości z bohaterstwem w świecie szybkich zmian, zapowiadającym burze, lecz jeszcze w miarę spokojnym. Gdyby nie jego fikcyjna kariera wojskowa jego życie byłoby mało ciekawe, smętne i nijakie, może nawet nędzne. Zmienił to, prezentując się otoczeniu, wierząc w to również sam, jako wybijający się ponad przeciętność, dzielny mężczyzna, pułkownik, który przeżył poważną część swego dojrzałego życia na obcym kontynencie w krańcowo niebezpiecznych warunkach. Dobrze znające go osoby uważały, że sprzyjał mu zarówno los jak i wrodzone cechy charakteru. Reprezentował kombinację cech, gwarantujących wygraną na loterii życia: wytrwałość, niezłomność, życiowy spryt, a także przebiegłość oraz zdolność szybkiej nauki języków obcych. W dojrzałym wieku, żyjący w nim duch pułkownika, podtrzymywał go przy życiu, dodawał bodźca, zasilał słabnącą energię wspomnieniami oraz zdrowymi nawykami dyscypliny.
Ciekawie jego historię ujął Zygmunt Faja, niegdyś reprezentant świata nauki i ekspert w dziedzinie sztucznej inteligencji, ostatnio z powodzeniem uprawiający dziennikarstwo. Pasjonując się dziejami ludzi, jakich osobiście poznał, na jednym z popularnych portali informacyjnych przedstawił oryginalną wersję biografii Józefa Bożego.
– Józef Boży to człowiek hybryda, półrealny, zawieszony między przeszłością a fantazją, jakby istniał jednocześnie tu i gdzie indziej. Utkany z niespójnych nici pamięci, snów i przekonań, które z czasem zastąpiły mu rzeczywistość, żył jak sen przytrafiający się komuś innemu. Zlepiony z historii, których nie przeżył, i wspomnień, które sam sobie stworzył, sprawiał wrażenie, jakby śnił samego siebie, spokojnie i z podziwem. Nigdy nie było wiadome, czy kłamie, czy mówi prawdę, czy tylko tak głęboko wierzy w to, co opowiada, że i inni mimowolnie mu wierzą. Taka jest jego prawda. To człowiek przyszłości – kombinacja istoty biologicznej, jak jest każdy z nas, oraz cybernetycznej, zbudowanej z nowych technologii i sterowanej sztuczną inteligencją.
Odc. 93 Rozmowy Salomona z przyjacielem
Rozmowy z Tadziczkiem ożywiały szare życie Salomona. Złota Rączka miał oryginalne poglądy, przekonania i powiedzenia. Tego Salomon nie mógł mu odmówić. Jak się okazało w kolejnej rozmowie telefonicznej, Tadziczek czytał wszystkie nekrologi w okolicy sprawdzając, czy przypadkiem nie ukazało się tam jego nazwisko. Rozmawiali o tym, nie dochodząc do żadnego rozsądnego wniosku. Kończąc sprawę, Tadziczek przejął inicjatywę. Opowiadał o tym, co jest dla niego ważne, przede wszystkim o wsi, gdzie mieszkał. Mieszkali tam nadal ci sami rolnicy, ale już nie było ani jednej krowy ani wieprzka. Mleko i mięso kupowali w sklepie. Chwilę potem Tadziczek przeszedł na temat dzieci. Sam miał ich kilkoro i uważał je za trudne. Salomonowi podobało się tadziczkowe powiedzenie, że na wsi „małe dzieci spać nie dają, duże dzieci żyć nie dają”.
Najciekawsze były jego opowiadania o ludziach, z którymi się najczęściej stykał, czyli o sąsiadach, oraz osobach, które poznał wcześniej w różnych okolicznościach i na różnych etapach swego życia. Można było mieć wrażenie, że wszyscy byli oryginałami. Salomon zapamiętał jeden z fragmentów niekończącego się opowiadania Tadziczka.
– Mam sąsiada. To rolnik, tak jak i ja, ale bardzo bogaty. Nazywam go oligarchą. Jest niewierzący. Mówi o sobie, że nigdy nie daje na tacę. Chodzi do kościoła chyba tylko po to, aby dziękować Bogu za bogactwo. Kiedyś spotkałem go w mieście. Stał przy swoim luksusowym samochodzie, szerokim i wygodnym jak szafa wyściełana aksamitem, zamierzając wrócić do domu. Poprosił mnie, abym zapytał ludzi na przystanku autobusowym, czy nie chcą, aby ich podwiózł do domu za niewielkim wynagrodzeniem. Zapytałem go, dlaczego sam im tego nie powie. Odpowiedział mi: – Znam ich tylko z widzenia, wiem, że mieszkają w naszej miejscowości, ale pytanie ich, czy nie chcieliby, abym ich podwiózł, krępuje mnie. Jestem za bogaty, aby podwozić ludzi za pieniądze.
– A po one panu są w ogóle potrzebne do szczęścia? Ma pan ich przecież dosyć – wtrącił trochę zirytowany Tadziczek. – Zarobiłbym więcej – odpowiedział oligarcha poważnie. – Jeśli każdy z nich by mi wpłacił nawet niewielkie pieniądze, to miałbym ich więcej. Żeby być bogatym, trzeba umieć je zarabiać.
Odc. 94 Tadziczek opowiada historie z życia
Wracając do historii adopcji dziecka ze szpitala, Tadziczek stwierdził, że ta sprawa była szemrana i chyba nielegalna. Zaadoptowanym dzieckiem był chłopiec. Kobieta, która go urodziła uciekła ze szpitala, wykradając wszystkie dokumenty. Pracująca w szpitalu lekarka zaopiekowała się nim, kiedy przez dłuższy czas nikt się po dzieciaka nie zgłaszał. Była to adopcja. Kosztowało ją to dużo pieniędzy; Tadziczek twierdził, że na pewno ponad tysiąc złotych. Może go nawet nie zaadoptowała, tylko zabrała z domu dziecka jako sierotę, aby okazać mu rodzinną miłość, której tam brakowało – dodał po chwili wahania Tadziczek. – Jej mąż mi o tym opowiadał. Miał do mnie zaufanie.
Tadziczek opowiadał tę historię dosyć chaotycznie, więc możliwe były pewne przekłamania lub niejasności. Generalnie wyglądało to tak, że lekarka nie miała własnych dzieci, więc adoptowała chłopca. Miała wobec niego wielkie oczekiwania, że będzie dobrze się uczyć i wyrośnie na poważanego i zamożnego człowieka. Z wykształcenia dziecka nic nie wyszło. W szkole uczył się słabo, miał problemy z tabliczką mnożenia, pisaniem i zapamiętywaniem materiału. Kiedy mówił, zacinał się. Matka krzyczała na niego wtedy a on wpadał w szok i jąkał się jeszcze bardziej. Wkrótce zaczęły się problemy z pęcherzem, chłopiec się moczył, zwłaszcza w nocy. Nie dawało się tego wyleczyć. To lekarkę dobiło i chciała rozwiązać adopcję. Kiedy szpital odmówił przyjęcia chłopca z powrotem, lekarka zawiozła go do okienka życia w najbliższym domu samotnej matki prowadzonym przez zakonnice. Ponieważ nie mieścił się w okienku, przywiązała go obok z karteczką na szyi, że to podrzutek, który nie umie mówić, po czym zadzwoniła do sióstr zakonnych i powiedziała, że przy okienku czeka dziecko wymagające opieki.
– Tadziczku, daj spokój – mitygował go Salomon. – Dużo fantazjujesz, chyba za dużo czytasz literatury sensacyjnej, kryminalnej lub fantastycznej.
Odc. 95 Monologi Tadziczka
Tadziczek zignorował uwagę przyjaciela.
– Ale ten policjant, o którym ci opowiadałem, którego znam, jest rzeczywiście arogancki i chamski. Czepia się człowieka zupełnie niesłusznie, aby tylko dowalić mu mandat. Jechałem sobie kiedyś spokojnie rowerem, a on mnie zatrzymał i powiedział, że chce sprawdzić, czy nie jestem pijany. – Rowerzyści też piją i powodują wypadki – powiedział.
Tadziczek nie wierzył nie tylko policjantom, ale wszystkim osobom na stanowiskach urzędowych, nawet pracownikom poczty. Nie wierzył im, choć podawał przykłady, kiedy ci ludzie mu pomagali okazując życzliwość i zrozumienie. Zawsze miał jakieś wytłumaczenie, że urzędnicy to banda, której nie można ufać. Jego deklaracje były proste jak patyk z leszczyny.
– W moją rodzinę wżeniło się dwóch policjantów. Jeden jest normalny, drugi nienormalny. To pokazuje jacy oni są. To urzędasy, którym nie ufam, podobnie jak adwokatom, prawnikom, sędziom i innym przedstawicielom władzy.
Monologi Tadziczka ciągnęły się tak długo, że Salomon musiał interweniować z uwagi na późną godzinę. Tak było i ostatnim razem.
– Słuchaj, mój drogi – przerywał mu Salomon – ja muszę już kończyć, bo chodzę regularnie spać o tej samej porze, a muszę jeszcze coś zrobić. Jeszcze niejeden raz porozmawiamy. Mówiłeś mi, że połączenia telefoniczne dużo cię kosztują, bo masz telefon na kartę a nie na abonament, bo jest za drogi. Zainstaluj sobie w smartfonie aplikację WhatsApp do bezpłatnych rozmów przez Internet. To jest coś fantastycznego, nie musisz niczego robić, tylko wybierasz mój numer i łączysz się bezpłatnie. W dodatku widzimy się wzajemnie na ekranie smartfona.
– To wspaniale – podchwycił Tadziczek ożywionym głosem. – Będę mógł dzwonić częściej do ciebie. Ale teraz jeszcze ci powiem, tak na szybko, co mnie spotkało. Byłem w mieście coś załatwić, bo nie zauważyłem, że otrzymałem upomnienie, że czegoś tam nie zapłaciłem, i jakiś gość zastąpił mi drogę. Był młody i powiedział, że jest z Ukry i zapytał o drogę na Tomaszów, gdzie jest przejście graniczne. Kiedy mu powiedziałem jak tam dojechać, w podziękowaniu wręczył mi elegancką paczkę z brazylijską kawą ziarnistą. Podobno najlepszą. Nie chciałem przyjąć, ale nalegał, więc w końcu ją wziąłem. Wtedy on pokazuje mi zegarek i namawia, abym kupił ten zegarek bardzo tanio, za pieniądze, albo zatankował mu samochód jako zapłatę. Ja mu odmawiam, mówię, że nie chcę, bo nie wierzę, że to dobry zegarek, a w ogóle to go nie potrzebuję, bo mam w domu już dwa takie zegarki. Pomyślałem, że to, co mi daje, to może być kradzione, no, bo wiesz, są takie sytuacje. Nie zamierzałem go przepraszać, że niczego od niego nie chcę, ani za pieniądze, ani za darmo, aby sobie nie pomyślał, że jak człowiek jest ze wsi, to jest naiwny albo głupi.
– Może ludzie wyczuwają cię, Tadziczku, bo lubisz dużo gadać i można ci wszystko wmówić.
Odc. 96 Niepewności świata
Wielkie mocarstwa, Imperium Pacyfiku, Wielkie Cesarstwo Wschodu oraz Sojusz Euroazjatycki, podejmowały próby porządkowania świata. Bangolscy pasjonaci wielkiej polityki, a było ich niemało, dyskutowali o tym przy każdej okazji. Obywatele bardziej uporządkowani uważali ich za szajbusów, bo polityka przejadła się większości społeczeństwa.
– Starania ze strony Imperium Pacyfiku, Wielkiego Cesarstwa Wschodu i Sojuszu Euroazjatyckiego porządkowania świata przypominają mi hulajnogę, która koślawo jeździ, nie mogąc poradzić sobie z wybojami i nierównościami. Drogi bywają udane, nieudane i takie pośrodku, ale sposób postępowania wielkich mocarstw to dla mnie ni pies, ni wydra – ekstrawagancko podsumował Józef, wspomagany przez sztuczną inteligencję.
Erazm Jansen, Salomon Ircha, Feliks Starecki i Józef Boży kontaktowali się ze sobą coraz częściej. Odczuwali potrzebę aktywności, przyczynienia się do rozładowania napięcia politycznego w kraju jak i wyrzucenia z siebie frustracji. Traktowali siebie w miarę sceptycznie, określając się mianem czterech zbuntowanych starców. Mając dużo czasu, spotykali się w knajpach, na otwartym powietrzu lub online i dyskutowali. Szukali nazwy dla swej aktywności, eksperymentowali. Nazywali się Bandą Czworga, Klubem Męskości Schodzącej Na Psy, Towarzystwem Wzajemnej Adoracji; w końcu przyjęli nazwę Klubu Mężczyzn w Sosie Własnym.
– To nazwa nie najbardziej udana, ale lepsza niż organizacyjna pustka, w jakiej tkwimy. Przyznajemy się do niej dopóki nie wymyślimy niczego lepszego. Nie robimy tego dla siebie ale dla przyszłości, dla naszych rodzin i dzieci. Nie możemy pozostać bezradni, tym bardziej, że wielu mężczyzn wyłączyło się z aktywnego życia. Popatrzcie, co dzieje się w klubach seniora w Bangolu. W większości z nich jest kilkadziesiąt kobiet i tylko kilku mężczyzn. Kobiety dominują nad nami. Aż wstyd! Czy w takiej sytuacji nie mamy obowiązku być aktywni? – pytał Salomon, kiszący się w sosie własnej samotności.
Czuł się zagubiony. Męczyły go podręcznikowe myśli, że na samotność najlepsza jest miłość, ale nikt nie znał recepty, jak ją zdobyć i zachować. Pojawiły się nawet teorie i dowody, że w XXI wieku tradycyjna romantyczna miłość staje się przeżytkiem, towarem prawie konsumpcyjnym, ponieważ kobiety i mężczyźni mają coraz wyższe wymagania, którym mało kto jest w stanie sprostać. Widząc rosnące problemy psychiczne społeczeństwa Salomon myślał o tym, że mógłby pomóc sobie pomagając innym. Pierwszy pomysł, jaki przyszedł mu do głowy, to opracowanie i upowszechnianie online pakietów autopsychoedukacji.
Odc. 97 Powrót z pielgrzymki
Po późnym powrocie z pielgrzymki do Portugalii i Hiszpanii – kiedy zjawił się w domu było już dobrze po północy – Salomon Ircha dogorywał po znojach podróży i nocy źle przespanych w łóżkach, których nie znał. Tak to odczuwał, tak mu się przynajmniej wydawało, zwłaszcza wtedy, kiedy leżał na brzuchu w poczuciu, że umysł oderwał się od ciała i krąży w przestrzeni. Był świadomy niepewnych i zdradliwych myśli, intencji oraz drgnięć ciała. W pewnym momencie pomyślał, aby wyciągnąć ramię w kierunku lampki nocnej, aby włączyć, lecz nie wykonał żadnego ruchu, gdyż jego ciało przeszył ból; jeśli nie był to ból, to nie miał pojęcia, co to było.
Pierwszego dnia po powrocie z podróży Salomon snuł wspomnienia pielgrzymkowe, prześlizgujące się przez jego pamięć jak ziarenka różańca z wysuszonych pestek z oliwek zdobionych inkrustacjami z czerwonej masy perłowej. Pierwsze przyszły wspomnienia Świętego Jakuba z Santiago de Compostela, zwanego Jakubem Większym. Był to apostoł, brat Jana Ewangelisty, jeden z najbliższych uczniów Jezusa. Po zesłaniu nań Ducha Świętego Jakub głosił Ewangelię w Hiszpanii, po czym wrócił do Jerozolimy, gdzie został ścięty z rozkazu Heroda Agrypy I około roku 44. Jego uczniowie mieli przewieźć ciało łodzią z Ziemi Świętej do Galicji, gdzie zostało złożone w miejscu dzisiejszego Santiago de Compostela.
Około roku 813 pustelnik o imieniu Pelayo (Pelagiusz) zauważył w nocy niezwykłe światła, przypominające błyszczące gwiazdy nad wzgórzem w Galicji. Powiadomił o tym miejscowego biskupa Teodomira, który po zbadaniu miejsca odkrył kamienny grobowiec z trzema ciałami, zidentyfikowanymi jako szczątki Św. Jakuba i jego dwóch uczniów. Król Alfons II z Asturii uznał to za cud i polecił zbudować w tym miejscu kaplicę, a wkrótce potem bazylikę. Odkrycie to zapoczątkowało ruch pielgrzymkowy do Santiago de Compostela, który w kolejnych wiekach stał się jednym z trzech najważniejszych kierunków pielgrzymek chrześcijaństwa, obok Rzymu i Jerozolimy. Obecność relikwii Św. Jakuba w Galicji stanowiła znak Boży, który nadał Santiago wyjątkową rangę w świecie chrześcijańskim.
Odc. 98 Pielgrzymka wspomnienia
Inna wersja drogi ciała Św. Jakuba z Jerozolimy do Galicji mówi o „cudownej łodzi”. Po ścięciu Jakuba jego uczniowie – według przekazu było ich siedmiu – zabrali ciało apostoła i włożyli je do kamiennej łodzi bez żagli i wioseł. Łódź cudownie unosiła się po Morzu Śródziemnym, prowadzona mocą Bożą, aż dotarła do zachodnich brzegów Półwyspu Iberyjskiego, do miejsca zwanego Iria Flavia. Tam ciało zostało pochowane w pobliżu rzeki.
Św. Jakub był przywódcą Kościoła w Jerozolimie, gdzie panował Herod Agrypa, który był wnukiem Heroda Wielkiego. Chciał on koniecznie udowodnić Żydom, że płynie w nim krew tego narodu. Dlatego też wiernie przestrzegał prawa Mojżesza i podjął się opieki nad świątynią w Jerozolimie. Żydzi darzyli Heroda wielkim szacunkiem i liczyli się z jego zdaniem. Sympatia ta została wykorzystana przez kapłanów i starszych, którzy nakłonili Heroda Agrypę I do prześladowania chrześcijan. Postanowiono rozpocząć tę walkę od stracenia przywódców Kościoła.
Św. Łukasz apostoł pisał: „W tym samym czasie Herod zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana”. Historyk kościoła biskup Euzebiusz napisał, że przed ścięciem św. Jakub ucałował kata, który się tak bardzo tym przejął, że sam wyznał Chrystusa i poniósł za to karę śmierci.
Oprócz wspomnień historycznych i religijnych w pamięci Salomona pozostał upadek ze schodów w trakcie podróży pielgrzymkowej. To wspomnienie od czasu do czasu boleśnie żgało go w plecy przypominając, że wciąż żyje. Nie było to miłe, ale przynajmniej przynosiło ulgę poczuciem, że jest wciąż aktywny i świadomy.
– Kiedy obudzisz się i nie będziesz czuć czegokolwiek, będzie to oznaczało, że nie ma już ciebie na tym świecie, padole radości i cierpienia, powszechnego alkoholu i głupoty – Salomon przypomniał sobie powiedzenie wędrownego mędrca, chętnie wypowiadającego się w sprawach dużych i małych, zawsze jednak poważnie i w sposób dający wiele do myślenia. Akt myślenia niepomiernie cieszył Salomona od czasu, kiedy zdał sobie sprawę, że dla wielu ludzi jest to ciężar nie do udźwignięcia, w związku z czym wolą polegać na myśleniu innych osób niż własnym.
– Po co mam się wysilać umysłowo, jeśli nie muszę – mówili. – To pierwsza zasada zachowania energii i spokoju. Im mniej wiem, tym jestem spokojniejszy, jest mi lżej – dodawali poważnie i jakby z ulgą, że mimo bezmyślności doszli do tak pasjonującego wniosku.
Odc. 99 Urodzinowe wspomnienia Salomona
Rano, w kolejny dzień nieśpiesznej jesieni, Salomon Ircha przypomniał sobie wydarzenie, o którym wolałby nie pamiętać. Obchodził niedawno swoje osiemdziesiąte urodziny. Myślał o nich z wyprzedzeniem jak o dniu klęski, przypomnieniu zbliżającego się końca życia, który dla jednostki jest także końcem świata. Poszukał definicji końca świata. Było ich kilka. Religijna mówiła o chwili, kiedy Bóg zamyka historię ludzkości poddając ją pod sąd ostateczny. Przykładu dostarczała Apokalipsa Świętego Jana, pojawienie się nowego nieba i nowej ziemi po zniszczeniu starego porządku. Nauka sugerowała koniec świata jako zdarzenie, uniemożliwiające dalsze istnienie życia na Ziemi. Przykładem mogło być nieodwracalne zatrucie atmosfery, uderzenie dużej asteroidy lub wypalenie się słońca, bez którego promieni nie istnieje życie na ziemi. Symboliczny koniec świata to z kolei upadek cywilizacji tak gwałtowny, że ludzie nie przeżyją go jak innych katastrof. Byłoby to całkowite załamanie się struktur, tworzących ludzką cywilizację: państw, systemów gospodarczych, nauki, kultury i technologii. Przykładem mógłby być globalny kryzys technologiczny lub wojna nuklearna, po której społeczeństwa w najlepszym przypadku rozpadają się do jakiegoś pierwotnego poziomu.
Aby rozproszyć swój egzystencjalny niepokój, Salomon zadał sobie pytanie, ile lat mieli i co robili w dniu jego urodzin przywódcy trzech imperiów: Magnus Bront, Wasyl Ibragim i Wu-Li. Sprawdził to, korzystając jak zwykle z Cirry. Bront był najstarszy; miał tego dnia nieco ponad 79 lat. Ibragimowi brakowało dwóch dni do skończenia 73 lat, Wu-Li przekroczył nieco 72 lata.
– Cholerne staruchy! – solenizant warknął do siebie. – Niewiele młodsi ode mnie a rządzą światem, jakby to tylko od nich zależało. Ciekaw jestem, co ich pasjonuje oprócz władzy i polityki? Co na przykład robią w dniu swoich urodzin? Jak je obchodzą?
Pytań nie pozostawił w domyśle, lecz poszukał odpowiedzi. Nie było tam wiele informacji, które by go szczególnie zaskoczyły. Urodziny światowych przywódców nie były dla nich świętem, lecz pewnym rytuałem, odwzorowaniem algorytmów rządzących ich codziennym myśleniem i życiem. Każdy z trzech przywódców robił „coś innego”, w rzeczywistości jednak ich zachowania, reakcje, nawet gesty służyły potwierdzeniu ich społecznej pozycji i kontroli zgodnie z typowym dla nich stylem zachowania. Ci ludzie nie obchodzili urodzin jak zwykły człowiek, nieformalnie, żywiołowo, na luzie.
Odc. 100 Urodziny wielkich przywódców
W rocznicę urodzin Bront, celebrując obraz „fantastycznego przywódcy”, podświadomie umacniał wizerunek i potwierdzał własną wielkość. Celebrował dzień nie z ludźmi, lecz z echem własnego imienia. Najpierw odbył symboliczną rundę golfa w towarzystwie kilku bliskich przyjaciół, w terenie przypominającym bardziej scenę teatralną niż miejsce sportu. Piłki leciały w przestrzeń na skrzydłach jego pragnień; każda z nich była powtarzającym się pytaniem o to, czy świat wciąż obraca się wokół niego. Obracał się, kiedy trafiał w dołek. Wieczorem zjadł kameralną kolację w swojej rezydencji. Potem krótko oglądał program informacyjny i komentarze wydarzeń politycznych. Urodziny były dla niego aktem potwierdzenia jego niesamowitej władzy.
Ibragim zaczął dzień urodzinowy tradycyjnie. Najpierw odbył trening siłowy, potem pływał w basenie. Były to udane testy dowiedzenia sobie, że wciąż panuje nad własnym ciałem, jedynym terytorium, które nie wypowiada mu posłuszeństwa. Wykonując dalsze czynności, obserwował cienie otaczającej go rzeczywistości – oznaki i symbole zagrożeń, spisków oraz wrogów realnych i wyobrażonych. Po południu odbył zamknięte spotkanie z najbliższymi współpracownikami oraz oligarchami. Był to czas przeglądu sytuacji geopolitycznej, prostych analiz i wymiany opinii. Uczestnikami byli lojaliści, którzy doskonale rozumieli, że ich podstawowym zadaniem jest słuchać i milczeć; wypowiadali się tylko wtedy, kiedy ich o to proszono. Rytuał przywódcy był niemal ascetyczny: ten dzień, podobnie jak poprzednie, oznaczał przewidywanie końca i przesuwanie go o rok dalej. Po zakończeniu spotkania zjadł zdrowy lekki posiłek w gronie wybrańców. Nie było tam miejsca na rodzinę.
W dniu urodzin Wu-Li porządkował i klasyfikował zdarzenia. Urodziny celebrował hierarchicznie: najpierw państwo, potem rodzina, w końcu on sam. Z rana miał krótkie wystąpienie do wąskiego grona partyjnego, bez publicznych fajerwerków. Potem spokojnie przeglądał archiwalia, notatki i decyzje, jakby chciał przypomnieć sobie porządek życia. Jego postępowanie osadzone było głęboko w chińskiej polityce, gdzie kluczowa jest struktura, lojalność i kontrola nad otoczeniem. Potem pojawiła się rodzina, aby wspólnie zjeść obiad. Odbyło się to w ciszy, która nie była wyrazem lęku, lecz tradycji milczenia. Kilka wolnych chwil poświęcił lekturze politycznej i historycznej, także sentymentowi do kultury chińskiej, wysłuchując utworu muzyki ludowej.
Odc. 101 Walki byków
Po powrocie do kraju Salomon przebierał się nocą za pielgrzyma, aby wracać po kryjomu na Półwysep Iberyjski. Jeździł wtedy autokarem po różnych zakątkach Portugalii i Hiszpanii. Czynił to częściowo nieświadomie jak podtopiona powodzią, ale wciąż żywa krowa.
O walkach byków w Portugalii nikt z pielgrzymami nie rozmawiał. Odbywają się tam one, jednakże w zupełnie innej formie niż w Hiszpanii. Są legalne, ale różnią się od hiszpańskich: w Portugalii matador nie zabija byka na arenie. To jest niedopuszczalne. Egzekucja zwierzęcia, jeśli w ogóle następuje, odbywa się poza widokiem publiczności. To bardzo charakterystyczne zdarzenie. Grupa ośmiu mężczyzn zwanych forcados, którzy są nieuzbrojeni i bez peleryn, staje naprzeciw rozpędzonego byka. Pierwszy z nich chwyta byka za rogi, a pozostali rzucają się na zwierzę z boków i z tyłu, aż wspólnie zatrzymają je siłą własnych mięśni i wagą ciał. To najbardziej ryzykowny i widowiskowy moment portugalskiej corridy.
W Hiszpanii przewodniczki milczały na temat corridy, jakby nie istniał. Kiedy jedna z nich wspomniała w Toledo o lokalnych walkach byków, wyraz obrzydzenia rozlał się na jej twarzy mroczną plamą, co podkreśliły usta wykrzywione w wyrazie męczeństwa.
– Czy walki byków są tutaj jakoś odrażające? – zadał sobie pytanie Salomon.
Sięgnął po statystyki. Według danych, na jednego torreadora zabitego przez byka przypadały setki zabitych byków. Proporcja zabójstw była przytłaczająco jednostronna. Byków ginęło sto razy więcej niż toreadorów, matadorów, pikadorów i innych osób aktywnie uczestniczących w konfrontacji ze zwierzętami na arenie. Toledo, miasto sławne z historycznej jakości stali rycerskich mieczy oraz relikwii osób świętych, nie było znaczącym ośrodkiem corridy, ale miało tradycję lokalnych walk organizowanych przy okazji świąt.
Odc. 102 Byki i ludzie
Temat corridy wypłynął ponownie, kiedy pielgrzymi zatrzymali się w miasteczku Chinchón koło Madrytu przed dawnym zamkiem hrabiów Chinchón, górującym nad okolicą. Poniżej widzieli charakterystyczny, nieregularny plac zabudowany domami z drewnianymi zielonymi balkonami, które podczas corrid pełniły funkcję lóż dla widzów. Zamek, dziś już w ruinie, historycznie był związany z możnymi rodami i dworem królewskim. Plac pełniący rolę areny corridy, Plaza Mayor de Chinchón, od XVI wieku służył jako miejsce organizacji jarmarków, widowisk, a przede wszystkim corrid. W roku 1706 witano tu uroczyście króla Filipa V, który później ogłosił ten plac „Real Coso Taurino”, czyli królewską areną walk byków.
Ktoś zadał pytanie:
– Jak to jest możliwe, że naród tak religijny jak Hiszpanie potrafi czerpać radość z zabijania zwierząt?
Przewodniczka znieruchomiała po czym wzruszyła ramionami.
– Wielu Hiszpanów uważa, że corrida to nie zabijanie, tylko sztuka odwagi. Inni, że to tradycja. A jeszcze inni, że to wstydliwy relikt przeszłości. Każdy patrzy inaczej na to zjawisko.
Salomon pomyślał, że może chodzi o coś jeszcze. O ludzką potrzebę spotkania ze śmiercią, zobaczenia jej z bliska, oswojenia jej tak, jak pielgrzymi próbują oswoić koniec własnego życia, wędrując od sanktuarium do sanktuarium. Byk, torreador, pielgrzym – każdy idzie na swoją arenę.
Madryt znany był i pozostaje znany z walk byków. Corridy są legalne i odbywają się regularnie na arenie Las Ventas, największej w Hiszpanii. Odbywają się nadal, mimo że w wielu regionach Hiszpanii wprowadzono zakazy lub ograniczenia. W kraju zabija się podczas corrid około sześciu tysięcy byków rocznie. Śmierć torreadora jest bardzo rzadka. W XXI wieku zginęło ich zaledwie kilku. Nastroje w Hiszpanii są podzielone. Około połowa mieszkańców jest przeciwko corridzie; poparcie spada z roku na rok, szczególnie wśród młodych.
W stolicy przewodniczka wspomniała o Las Ventas, największej arenie kraju, ale uczyniła to tak, jakby mówiła o czymś nieprzystojnym i wstydliwym, o dumie i przekleństwie zarazem.
Nikt z pielgrzymów nie widział corridy na żywo. Mogli ją oglądać tylko na starych plakatach przyklejonych do murów, wypłowiałych od słońca i czasu. Na jednym z nich torero w czerwonej pelerynie stał nieruchomo naprzeciw byka niczym aktor przed publicznością. Duma i śmierć patrzyły na siebie nawzajem. Było w tym coś teatralnego, co nie pasowało do różańców i kaplic, oglądanych przez pielgrzymów przez ostatnie dni.
Odc. 103 Niespokojnie czasy
Zbliżająca się zima pogłębiała niepokój w Ukrze, gdzie trwała wojna. Niezależnie od żołnierzy na froncie, cierpieli także cywile. W zimne noce niepokój i strach gęstniały w bramach, czając się w mroku niby podstępna zaraza. Były bardziej zaraźliwe niż zaraza. Przy świetle dnia ludzie zbierali się na placach i ulicach, i bez słów patrzyli sobie w oczy. Każdy wiedział, że drugi myśli to samo: Co dalej? Jak to będzie? Najbardziej cierpiały matki mające synów na froncie.
Nastał czas złego myślenia o prezydencie Broncie, który po wielu tygodniach negocjacji okazał się kanciasty jak dębowa decha przycięta wyszczerbioną piłą. Nikt już nie miał już wątpliwości, że był sukinsynem, niezaspokojonym w ambicjach, zmieniający słowa, przyrzeczenia i plany, niestabilnym jak żołądek zatruty jadem kiełbasianym. Chciał sprzedać Ukrę za pół ceny dyktatorowi Wasylowi Ibragimowi, z którym łączyły go imperialne marzenia.
– Bront jest odurzony niewiedzą na temat Ibragima i jego kraju. Nie wie, albo nie chce wiedzieć, że Sojusz Euroazjatycki ma za sobą zaledwie kilkanaście lat demokracji. Oni nie mają pojęcia o wolności i sprawiedliwości. To naród o mentalności okrutnego Mongoła na koniu, trzymającego pod siodłem kawał mięsa, który w czasie jazdy ma utłuc się na surowy krwawy befsztyk – usiłowali pogrążyć Bronta propagandyści przeciwnej mu partii demokratycznej.
W czasie nalotów dronów i pocisków mieszkańcy Ukry tłoczyli się na peronach kolejek podziemnych oraz w skrytych przejściach i pasażach. Im więcej bomb spadało, tym goręcej modlili się. Ich modlitwy przypominały szum skrzydeł tysięcy motyli, unoszących się w górę i kotłujących pod sklepieniem niby wielka, kolorowa chmura. Bezbożnicy, którzy dawno porzucili wiarę w dobrość boską oraz męczennicy wojny udręczeni okrucieństwami losu pytali głośno:
– Gdzie jest Bóg? Czy on słucha naszych modlitw? Czemu nam nie pomaga?
Nikt nie usiłował odpowiedzieć na te pytania, poza wizjonerami utrzymującymi serdeczne kontakty z Najwyższym. Tylko oni wyjaśniali:
– To nieprawda, że Bóg nie reaguje na nasze modlitwy i błagania. Reaguje, tylko nie umiemy tego dostrzec. Jesteśmy zbyt zagubieni w swoich nieszczęściach.
Niektórzy z nich mówili rzeczy dziwne, nawet bluźniercze, że Bóg gubi się w gąszczu modlitw docierających do niego z ziemi, nie nadąża za prośbami ludzi, ponieważ jest ich za dużo, lub wielu z tych próśb po prostu nie rozumie, ponieważ są sprzeczne. Na dowód swoich przekonań, podawali przykłady ludzkich błagań, które mogły nawet zwykłego świętego wyprowadzić z równowagi.
– Boże, spraw, aby złoczyńcy Wasyla Ibragima, tej kanalii, którzy nas dręczą, wyzdychali jak nędzne muchy! Zmieć ich z powierzchni ziemi swą potężną dłonią! Życząc sobie pokoju, mamy prawo życzyć wszystkiego najgorszego naszym przeciwnikom.
Tak wyglądało życie w Ukrze w stanie niekończącej się wojny. Społeczeństwo osaczone przez okrutnych wrogów miało ich za śmieci a nie stwory boże.
– To straszne – wzdychali wizjonerzy, nawiedzeni duchem czystości i miłości.
Odc. 104 Powiewy toksycznej wojny
Niekończąca się wojna przenikała z Ukry przez granicę, trafiając do Bangolu. Toksycznym oddechem nienawiści i zabijania zatruwała słabsze ludzkie charaktery, nakładając dodatkowy haracz na trwające od dłuższego czasu kłótnie i sprzeczki. Obywatele Bangolu gubili się w tej wojnie, zdezorientowani, o jakie jej zakończenie chodzi Brontowi, prowadzącemu pokojowe negocjacje z Ibragimem, inicjatorem i sponsorem konfliktu. Obydwaj przywódcy trzymali ze sobą sztamę, choć udawali, że tak nie jest. Ibragim spóźnił się dwie godziny na rozmowy ze specjalnym wysłannikiem Bronta. Swojemu zaufanemu sekretarzowi powiedział krótko:
– Spóźniam się celowo. Niech wiedzą, że jestem niezależny. Bronta mam w ręku, mam na niego haki, ale tego nie ujawniam publicznie, bo po co? Ani w tej, ani w żadnej innej sprawie, ten ryży demon porządkowania świata nie jest w stanie mi podskoczyć.
Szczycąc się brawurą, Ibragim przypominał sobie, jak lecąc kiedyś motolotnią zrównał się ze stadem dzikich gęsi zmierzających w tym samym kierunku. Mógł wyciągnąć rękę, aby dotknąć najbliżej lecącego ptaka. Nie zrobił tego, ponieważ panicznie bał się ptasiej grypy, choroby zakaźnej, groźnej także dla człowieka. Cichy strach był jego tajemnicą, jak i nieuleczalną chorobą.
W miastach i miasteczkach Bangolu nasilały się wypadki nietypowych zachowań. Tramwaje nieoczekiwanie wpadały na siebie, samochody osobowe wjeżdżały w tłum na przystanku autobusowym, autobusy rozbijały ochronne rampy przy jezdni, staczając się w dół po stoku. Na autostradach kierowcy ścigali się z samymi sobą, wyciskając zabójcze szybkości ze swoich pojazdów i powodując potworne wypadki.
Odc. 105 Domownicy i ratownicy
W Bangolu rosła liczba ludzi chorych i umierających w domach. Stało się to normalnością podobnie jak pójście rano po ciepłe bułeczki do piekarni. Umieranie we własnym domu upowszechniało się, zwłaszcza z powodu chorób cywilizacyjnych. Ludzie je ignorowali, mało chodzili, odżywiali się marnie, oglądali dużo telewizji albo siedzieli w smartfonie, palili papierosy, pili alkohol.
– To zdobycze cywilizacji! Dlaczego mamy ich sobie żałować – wyjaśniali, kiedy im zwracano uwagę, że tak nie należy robić. – Życie jest zbyt krótkie, żeby nie pozwolić sobie na takie przyjemności.
Nie zawsze im się to udawało. W obliczu nieszczęścia, w momencie bólu, a nawet wielkiego niepokoju, chwytali się ręką za pierś, jakby mogło to ich uspokoić. Raz była to starsza paląca papierosy kobieta, innym razem mężczyzna z niedokrwienną chorobą serca, często nałogowiec z wątrobą przeżartą alkoholem i płucami zjedzonymi przez dym papierosowy. Kilka minut później w pobliżu domu wyła już karetka pogotowia ratunkowego. Wkrótce dźwięk syreny przenosił się na trasę prowadzącą do najbliższego szpitala.
Nie wszystkim okolicznym mieszkańcom podobały się karetki jadące na sygnale. Sytuacja miała jednak też dobre strony. Wracający do domu pracownicy pogotowia ratunkowego nie musieli żalić się, że nudno, że ciężko, że ich nie doceniają, tylko z ożywieniem opowiadali żonom i dzieciom o narastającej w kraju histerii, o tym, jak to zwyczajni pacjenci albo ich bliscy upijali się, przyjmowali narkotyki i pełni rozżalenia na los chwytali za nóż, maczetę, siekierkę lub choćby nożyczki, aby walczyć z tymi, którzy przybyli im na pomoc. Ratownicy komentowali to z ożywieniem:
– Dzisiaj agresja w domu pojawia się nagle i gwałtownie, jak zwarcie między bokserami na ringu albo wściekłymi psami na ulicy. Zupełnie jak w kinie! I to jest fantastyczne, tym bardziej, że to się zdarza tak nieoczekiwanie. Ci ludzie rzucają się na nas, lekarzy i obsługę karetki pogotowia, aby nas unicestwić. Czyż nie jest to fascynujące? To lepsze niż kino. Jesteśmy niesamowitym społeczeństwem!
Odc. 106 Sztuka teatralna Czuły Trubadur Epizod 1
Z okazji stu dni urzędowania nowego prezydenta Bogusława Szudraka, w Narodowym Teatrze Operowym zwanym też Narodową Operą Teatralną (w zależności od tego, kto to mówił), wystawiono nową sztukę. Zastanawiano się, jak ją rozreklamować, ponieważ trudno było określić, jaki gatunek ona reprezentuje. Dla jednych była to opera teatralna, dla innych teatr operowy, jeszcze dla innych operetka lub opera mydlana. Tak przynajmniej uważał przedstawiciel Towarzystwa Kulturalnego im. Imperatora Wasyla Ibragima, uważnie obserwujący sceny teatru i opery krajów europejskich uznanych przez Imperatora za ideologicznie zacofane.
Sztuka była autorstwa nieznanego twórcy. Mówiono o niej, że napisało ją samo życie płynące w Bangolu żwawiej niż w innych krajach. Tak czy inaczej, kiedy w jednej z bibliotek publicznych stolicy kraju odnaleziono anonimowy scenariusz, uznano od razu, że wyjątkowo dobrze kwalifikuje się do prezentacji teatralno-operowej.
– Scenariusz jest bajeczny a postacie nie z tej ziemi – podsumował dyrektor Narodowego Teatru Operowego. Popełnilibyśmy niewybaczalny błąd, gdybyśmy nie wystawili tej sztuki na scenie. Gdyby tak się, nie daj Boże stało, nasz naród nie dowiedziałby się, jak bardzo jest niesamowity i jacy są jego bohaterowie. To oni dają nam wzorce postępowania. Bez znajomości tych postaci, nie widzielibyśmy, jak się zachować na co dzień i od święta, bylibyśmy ślepi i nieporadni jak przedwcześnie urodzona mysz.
Sztuka przedstawiała historię życia i osiągnięć księcia z bajki, zwanego Czułym Trubadurem. Taki też był tytuł sztuki. Czuły Trubadur był postacią niezwykle męską, świeżą jak róża skąpana w porannej rosie i czystą jak brylant wyjęty z eleganckiego puzderka). Proporcjonalnie zbudowany, nosił się elegancko, zazwyczaj widziano go w garniturze, rzadko kiedy w dresie. Uśmiechał się wizytowo jak mężczyzna z okładki żurnala mody męskiej „New Barber”. Zęby miał białe jak śnieg, wypucowane ekologiczną pastą do zębów, którą sam reklamował, kiedy był studentem na dorobku. Chętnie demonstrował je w uśmiechu.
O życiu prywatnym tytułowego bohatera sztuki niewiele wiedziano, przynajmniej na początku spektaklu. Rozliczne obowiązki nie pozwalały Czułemu Trubadurowi na zbyt wiele przyjemności. Zawsze jednak udało mu się wygospodarować trochę czasu, aby spotkać się z dawnymi kibicami swojej ulubionej drużyny piłkarskiej. Byli to mężczyźni krzepcy, o ogorzałych twarzach, mocnych szczękach i barach szerokich jak szafa. Czuły Trubadur, jak wynikało z jego recytowanych i śpiewanych wypowiedzi na scenie, cenił takie kształty: geometryczne, mocarne, rzeźbione w marmurze ciała i potu. Prywatnie był pasjonatem sportów siłowych.
Odc. 107 Sztuka teatralna Czuły Trubadur, Epizod 2
W jakim kraju akcja się działa, nie było wiadome. Kraj wyglądał dosyć powszednio, taki, jakich dziesiątki istnieją na świecie, z problemami alkoholizmu, przemocy, kulejącej służby zdrowia oraz zacofanych polityków o niewyparzonych gębach, niektóre z nich bardziej tępe niż zardzewiały nóż. Były też spore gromady ludzi szalonych na punkcie patriotyzmu, wiary, tradycji i dumy narodowej. Akcja sztuki mogłaby z powodzeniem rozgrywać się na większym podwórku, w jakimkolwiek kraju, jako że podwórka również bywają miejscem gorszących jak i bohaterskich zachowań.
Czuły Trubadur miał bogatą przeszłość. Sam o niej opowiadał, wylewnie, w czasie licznych wywiadów, jakich udzielał przed objęciem niezwykłej roli teatralno-operowej, w okresie castingu. Także w swoim CV sporządzonym odręcznym, niezwykle starannym pismem, wymienił zawody, w jakich pracował, oraz stanowiska, jakie zajmował. Pragnął wymienić je w układzie alfabetycznym zgodnie z tradycją instytucji, które go zatrudniały, ale mu odradzono.
– Byłoby to za trudne do odczytania, zbyt zawikłane dla ludzi, którzy cię popierali w czasie castingu. Znasz ich, to jednostki o poglądach nieskomplikowanych jak pogrzebacz, z oczami skierowanymi na wschód, gdzie zazwyczaj wschodzi słońce. Wielu z nich popiera bez zastrzeżeń Magnusa Bronta, mocarnego przywódcę Imperium Pacyfiku, który chętnie nakłada na siebie maskę lwa, aby ryczeć i siać postrach.
Lista zawodów i pozycji zajmowanych przez Czułego Trubadura była imponująca: nacjonalista, konserwatysta, osiłek, kandydat opozycji, kurator dóbr kultury narodowej, naukowiec, nieoczekiwany zwycięzca wyborczy, pisarz ukrywający się pod ksywą, aktywista stadionowy, bokser, nosiciel ciężarów i bramkarz klubów tanecznych.
Odc. 108 Sztuka teatralna Czuły Trubadur Epizod 3
W trakcie gry scenicznej bohater wypadł rewelacyjnie w roli wykidajły, broniącego dostępu do teatru i opery: sprawnie odczytywał zaproszenia, sprawdzając czy zostały poprawnie wystawione, odpychał natrętnych widzów od drzwi, a jeśli trzeba, prężył muskuły gotów powalić agresywnego osobnika na ziemię. Wyjaśniał też skomplikowane sytuacje:
– Źle pan trafił. To nie u nas, tylko dwie przecznice dalej, tam przy plaży, nad morzem. Niech pan tam pójdzie, poczuje się pan znacznie lepiej, powietrze jest tam świeże i zimne, dobrze panu to zrobi.
Jeśli gość zachowywał się niewłaściwie i niepotrzebnie napierał na wykidajłę, ten wyjaśniał mu cierpliwie:
– Posuń się pan, chamie, bo dla dwóch miejsca przy drzwiach nie wystarcza.
Widzowie z takich reakcji domyślali się, że aktor grający Czułego Trubadura jest ambitny i nie lubi tłoku na drabinie władzy. Wszystkim, jak sala długa i szeroka, podobała się rola wykidajły w jego wykonaniu, wymagająca refleksu, szybkich decyzji, rozwagi i szacunku dla człowieka. W tej roli Czuły Trubadur wzruszająco zagrał rolę dostawcy żywego towaru. Z przebiegu akcji wynikało, że handlował od czasu do czasu żywym towarem, były to młode kobiety, zawsze przyzwoicie opakowanym i pachnąco świeżutkim. Nie zaprzeczał temu.
Wyjaśniał obszernie i wytrwale:
– Proszę państwa! Niegdyś handlowano czarnoskórymi niewolnikami i niewolnicami i była to bardzo popularna działalność. Na tym handlu narody się bogaciły; każda nacja ma przecież swoją ulubioną dochodową rozrywkę. Dzięki handlowi żywym towarem kwitł przemysł, rozwijała się produkcja pejczy i biczów z rzemienia, dybów oraz zacisków do rąk jak i narzędzi do wymuszania posłuszeństwa. Ostatnie wymienione przeze mnie akcesoria opisał potem markiz Donatien Alphonse François de Sade, specjalista od sadomasochizmu. Niewolnikami i niewolnicami handlowano powszechnie – opowiadał Czuły Trubadur z radością i uśmiechem na ustach, upodabniającym go do skowronka unoszącego się nad polem zielonego młodego żyta w słoneczny majowy dzień.
Odc. 109 Krótka kronika pierwszej połowy dnia
Czwartek jedenastego grudnia był mroczniejszy niż nora starego niedźwiedzia grizzly na Alasce. Klimat zwariował, pogoda oszalała. Nad strumykiem za domem ponurość wyła głosem zrozpaczonego wilka. Ciśnienie atmosferyczne spadało na łeb, na szyję. Ludzie czuli się fatalnie. Mego sobowtóra zabijał sen, przetaczając się przez niego falami, jedna po drugiej, ignorując kolejne kubły kawy. Nie pomagały błagalne telefony do przyjaciół, przekleństwa i złorzeczenia, polewanie dłoni wrzątkiem, niebezpieczne ćwiczenia fizyczne ani świecenie w oczy lampą imitującą silne światło słoneczne. Ani moczenie głowy zimną wodą.
– Co to za życie? – krzyczał w cierpieniu, kierując oczy w górę. Oprócz milczenia i odgłosu lekkiego pukania palcem w czoło nie nadchodził stamtąd żaden znak.
– Znaczy się, zostałem pozostawiony sam sobie – uprzytomnił sobie i uspokoił się.
W przestrzeni wirtualnej krzyżowały się przedziwne i niewiarygodne treści. Społeczeństwo chłonęło je jak gąbka i akceptowało, powiększając masę ludzi odpornych na wiedzę. Nazywano ich tumanami, niczego nie rozumiejącymi, nie uczącymi się, nie rozwijającymi się intelektualnie.
– Takim to wystarczy zawiązać sznurowadła u butów i zjeść śniadanie, aby uznać, że to dostateczny wysiłek intelektualny – złorzeczyli wrogowie nowego analfabetyzmu, przeklinając głupotę w kilku językach.
W przestrzeni medialnej pojawiły się radykalne hasła i wiadomości: szarlatani i hochsztaplerzy, profesor taki to a taki walczy o przekonanie ludzi, że warto się badać, wykonując kolonoskopię, oraz szczepiąc się.
– Na co? – pytano.
Widząc taką reakcję, ogarniała go wściekłość.
– Na wszystko, co tylko możliwe. Szczepionki są bezpieczne. Ale bierzcie ich tylko tyle, ile trzeba, nie więcej. Inaczej zjedzą was teorie spiskowe, że każda szczepionka jest niebezpieczna, zawiera – oprócz mikroplastyku i zanieczyszczeń w postaci ciężkich metali – także wirusy, bakterie i inne drobnoustroje. Inne hasła w obiegu: szmatława wojna i okrutny pokój, rozejm na niby, degradacja Europy, demografia, komórki macierzyste i terapie komórkowe, naciągacze i hipnotyzerzy polityczni.
Odc. 110 Krótka kronika drugiej połowy dnia
W drugiej połowie dnia na szczytach władzy Bangolu trwało przeciąganie liny, szerzyły się niesnaski, trwała walka podjazdowa. Hasłem do wystąpień stały się samoloty do przekazania. Dyskusję rozpoczął prezydent Szudrak, zadając pytania:
– Jakie samoloty? Kto? Gdzie? Kiedy? Po co? Jakim prawem? Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?
Znaleziono winnych; twierdzili, że są niewinni. Społeczeństwo dzieliło się po raz kolejny na tych, którzy są za i na tych, którzy są przeciw.
Salomon rozmawiał telefonicznie z działaczem koła młodzieży pozytywnej zrzeszającej ludzi powyżej siedemdziesiątego roku życia. Zadzwonił do Salomona z południa kraju, najbardziej zacofanego regionu Bangolu. Namawiał do głębokich zmian w sposobie odżywiania. Było to rewolucyjne. Wymieniał produkty dobre dla zdrowia.
– Słonina, boczek, smalec, masło, śmietana wracają do łask – krzyczał, podekscytowany świeżo zakupionymi żeberkami wieprzowymi i słoikiem świeżego smalcu.
Dobra znajoma Salomona, Stefania Borowska, miłośniczka lasów i grzybobrania, zwiedzała ostatnio Targi Bożonarodzeniowe. Rozmawiali o dobrym odżywianiu z udziałem produktów tradycyjnych.
– Coś w tym chyba jest. Magdalena G prowadzi na targach punkt sprzedaży zdrowych produktów. Jedna pajda chleba ze smalcem kosztuje u niej 20 zł. Ludzie kupują również na zapas, bo a nuż zabraknie. Autorka pomysłu i przedsiębiorczyni buduje już trzeci dom za pieniądze ze sprzedaży chleba ze smalcem.
W kraju trwał rozbój w biały dzień. Karetki pogotowia jeździły po mieście ratując pracowników innych karetek pogotowia, napadniętych przez pacjentów. Opatrując ich obrażenia notowano: rany kłute, cięte, pchnięcia nożem w rękę, brzuch i szyję, podpalenia, uderzenie dłonią i plucie w twarz. Po południu z braku personelu zabrakło ambulansów. Pogotowie bało się wyjeżdżać, aby pomóc pacjentom. Nie wiadomo było, które wezwania o pomoc medyczną są prawdziwe, a które fałszywe. Obawiano się wezwań karetek, które miały na celu dostarczyć lekarzy, medyków i ratowników w charakterze ofiar napaści z użyciem narzędzi ostrych.
Podobnie zagrożeni byli policjanci. Jeden z nich w obronie własnej zastrzelił nożownika.
– Policja powinna strzelać ostrymi nabojami bez ostrzeżenia – krzyczeli radykałowie, zwolennicy przemocy policyjnej i bezwzględnej dyscypliny społecznej.
Odc. 111 Sztuka teatralna Czuły Trubadur Epizod 4
Wracając do handlu żywym towarem, jakim parał się Czuły Trubadur, był to towar z najwyższej półki, określanej przez klientów obcokrajowców jako Top Quality lub Prima Sort.
– Można było go tylko zachwalać. Był idealny, prosto jak spod igły – powiedziałaby krawcowa teatru opery, pracująca w warsztacie pomocniczym, gdyby jej tylko pozwolono na swobodną wypowiedź.
Czuły Trubadur wykonał kilka arii opiewających niezwykłą urodę kobiet, jakie dostarczał klienteli jako wykidajło, opisując piękno ich ciał w dolnej jak i górnej partii, różane usta oraz kształt kibici, jakie prezentowały. Potem uzupełnił to słownie w monologu.
– Były to przemiłe istoty, urocze, o buziach jak pączuszki; nic tylko je dotykać, ściskać i obejmować. Ubrane były w cienkie pończoszki i bogate futra z lisów, bo takie były wówczas w modzie. Były to artystycznie dojrzałe anioły, pełne inwencji, utalentowane jak najlepsze aktorki teatralne. Nosiły one – Czuły Trubadur pamiętał większość z nich – egzotyczne imiona Suza, Mariola, Memi, Trufla i podobne. Były tak czarowne, że umiałyby ożywić nawet mężczyznę konającego na łożu śmierci. Taką miały moc perswazji oraz siłę w dłoniach. Umiały naprawdę umilić życie – podkreślił na zakończenie, wykonując zamaszysty gest prawą ręką jak w pełnym szacunku ukłonie.
Nikt z publiczności nie śmiał się, nie dworował z Czułego Trubadura, nawet w momentach śmieszności, gdyż miał on w sobie coś poważnego i dojrzałego, co zmuszało do zastanowienia. Mogli to być jego przyjaciele, których mu nie brakowało. Pojawiali się przelotnie na scenie, tuż obok niego, dobrze zbudowani, niektórzy zdobni w tatuaże na udach i piersiach, zupełnie jakby reklamowali jego solidność i niezawodność. Na widowni szeptano o nich:
– To ludzie kochający bliźnich, choć trochę niecierpliwi i gwałtowni. Taki to nie wiadomo, kiedy da ci w pysk, lub naśle kogoś, kto podpali ci samochód, dom albo wymusi haracz.
Odc. 112 Sztuka teatralna Czuły Trubadur Epizod 5
Na scenie Czuły Trubadur występował skoncentrowany, zawsze z szerokim uśmiechem na twarzy. Dbał o siebie, wyglądał kulturalnie, elegancki garnitur, poruszał się energicznie ale z wdziękiem wyprostowany jak maszt do wciągania flagi narodowej. W ostatnim akcie sztuki rzucił wyzwanie władzom Teatru Opery, nazywając ich raz rządem, innym razem nierządem. Pytał i naigrawał się.
– Co to rząd?! Wszyscy to widzimy. Aż płakać się chce!
Dużej części widowni bardzo to się podobało, ponieważ zawierało krytykę władzy teatru, która zawsze miała swoich przeciwników. Kiedy Trubadurowi przynoszono jakąś umowę czy petycję do podpisania, choćby najbardziej niewinną, śmiał się, prosił o kosz do śmieci, przyglądał mu się chwilę z lubością, po czym wygłaszał jakąś uczoną formułkę i wyrzucał dokument do kosza. Z boku sceny dały się słyszeć głosy, raz nawet pojawił się jeden i drugi plakat, który nazywał Trubadura maszynką do mielenia i wyrzucania na śmietnik ważnych dokumentów.
Czuły Trubadur wyraźnie lubił starcia z dyrektorem teatru; wymyślał dla niego różne nazwy, raz nazywał go szefem rządu, innym ra m premierem. Mówił o nim z powagą, raczej bez uśmiechu, że jest trudny we współpracy, bywa uparty jak muł, i nie sposób go zaakceptować. Kwestionował jego poglądy, pytając:
– Co to za szef teatru, który patrzy na zachód, kiedy to na wschodzie słońce świeci najjaśniej i najżywiej?
Lubił używać barwnych określeń. Pod koniec sztuki nazwał dyrektora teatru nieudacznikiem, wyglądało to tak, jakby konkurował z nim. Nie wiadomo o co, bo przecież był to tylko teatr operowy, tylko czasem nie wiadomo co, kiedy się człowiek głębiej zastanawiał. Czuły Trubadur wyraźnie uwielbiał przeciwstawiać się dyrektorowi, odrzucał jego dokumenty do podpisu, jakie dyrektor lub zarząd teatru przedstawiali mu do akceptacji. Nie zgodził się na skrócenie łańcuchów dla psów trzymanych na uwięzi; uznając, że lepszym rozwiązaniem są kojce, pod warunkiem, że nie będą większe niż przeciętna kawalerka. Logika jego argumentacji polegała na starannym doborze metrażu niewoli. To wszystko było bardzo pomieszane.